dlaczego herbert nie dostał nobla

Obalenie tego ustroju nie jest zasługą jednego człowieka, ale tych milionów ludzi z Solidarności. W większości są oni zapomniani, a bez ich wysiłku i zaangażowania nie doszłoby do takich zmian w Polsce. Pokojową nagrodę Nobla dostał w 1983 roku Lech Wałęsa. Teraz mówi się, że za obalenie komunizmu.
Najmłodszym literackim noblistą był Rudyard Kipling, który w 1907 roku, gdy przyznano mu nagrodę, miał zaledwie 42 lata, najstarszą laureatką była Doris Lessing, którą nagrodzono w wieku 88 lat. Średnia wieku laureatów literackiego Nobla w chwili przyznania im nagrody to 65 lat. Szwedzką Akademię, na wzór Akademii Francuskiej
Śledztwo „Do Rzeczy”: Dlaczego Herbert nie dostał Nobla? Joanna Siedlecka demaskuje agenta bezpieki i operację SB wymierzoną w poetę. – Agent SB Henryk Malinowski torpedował literacką nagrodę dla polskiego poety – pisze Joanna Siedlecka w artykule „Kto przeszkadzał w Noblu dla Herberta?”. – SB marzyła o skompromitowaniu Herberta. A haków na niego szukano nawet po jego śmierci – zauważa Krzysztof Masłoń w tekście „Poeta pod specjalnym nadzorem”. Na łamach „Do Rzeczy” również: – Przegramy, jeżeli popełnimy błąd Platformy – mówi wicepremier Beata Szydło, przewodnicząca Komitetu Społecznego Rady Ministrów w rozmowie z Marcinem Makowskim. – Ujawniane kolejne nagrania sprzed czterech lat to nie proste odwrócenie sytuacji, w której PO traciła, a PiS zyskiwał – przekonuje Łukasz Warzecha w artykule „Taśmy – Andrzej Sapkowski nie wierzył w powodzenie gry komputerowej opartej na jego prozie, więc nie zdecydował się na zapłatę w formie procentu od zysków. Teraz żąda 60 mln zł – pisze Agnieszka Niewińska w tekście „Wielka gra”. – Cieszę się, że mój „List Konserwatysty Zmiany do Konserwatysty Umiaru” przyczynił się do dyskusji i zakreślania ideowych linii granicznych – zauważa Piotr Semka w artykule „Zawsze trzeba coś wybierać”. – U progu jesieni rosyjskie środowisko płatnych donosicieli zyskało powody do świętowania. Po latach starań o ustanowienie siatki płac dla szpiclów MSW wspólnie z ministerstwem sprawiedliwości wydało odpowiedni akt. Zdaje się jednak, że zainteresowani obejdą się smakiem, a śmietankę spiją funkcjonariusze organów ścigania i wyspecjalizowane agencje donosicielskie, należące do moskiewskich oligarchów – pisze Gabriel Michalik w tekście „Jak złupić konfidenta”. – Londyńscy analitycy wysoko wyceniają polską markę. Jesteśmy jednym z najbardziej przyjaznych krajów dla inwestorów zagranicznych. Coraz lepiej się też u nas żyje, gorzej jest z wolnością gospodarczą – zauważa Maciej Pieczyński w artykule „Ile warta jest Polska”. Na łamach nowego „Do Rzeczy” również Waldemar Łysiak o europejskim podziemiu spiskowców. Nowy numer „Do Rzeczy” w sprzedaży od poniedziałku, 15 października 2018. Więcej możesz przeczytać w 42/2018 wydaniutygodnika Do Rzeczy. © ℗ Materiał chroniony prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy. Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Niels Bohr. Niels Henrik David Bohr, IPA: [ˈnels ˈboɐ̯ˀ] (ur. 7 października 1885 w Kopenhadze, zm. 18 listopada 1962 tamże) – duński fizyk [1] . W roku 1922 otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za „badania struktury atomów oraz emitowanego przez nie promieniowania” [2] [3] .
W 1897 r. członkowie Szwedzkiej Akademii dowiedzieli się z testamentu Alfreda Nobla - wynalazcy dynamitu - że mają stać się jury międzynarodowej nagrody, przyznawanej co roku jakiemuś pisarzowi za "najwybitniejsze dzieło o tendencjach idealistycznych". Członkowie Akademii, której zadaniem była troska o czystość języka szwedzkiego i popularyzowanie szwedzkiej literatury, nie czuli się powołani do oceniania literatury światowej. Pięć lat później - w 1901 roku - uznali jednak, że francuski poeta Rene Sully Prudhomme spełnia podane w testamencie Nobla kryteria i przyznali mu nagrodę. Już ta pierwsza w historii literackiego Nobla decyzja akademików wywołała kontrowersje. Lew Tołstoj był zgłoszony do nagrody i uchodził za najpoważniejszego kandydata. Gdy nagrodzono Prudhomme'a 42 najwybitniejszych szwedzkich artystów i pisarzy (z Augustem Strindbergiem, który także Nobla nigdy nie dostał) napisało do Tołstoja list z przeprosinami za decyzję Akademii. Pisarze podkreślali, że nie identyfikują się z ocenami grona Akademików. W odpowiedzi Tołstoj napisał: "Ucieszyła mnie wiadomość, że nie zostałem wyróżniony Nagrodą Nobla. Sprawiłaby mi ona wielki problem, ponieważ nie wiedziałbym, co zrobić z wygraną. Jestem pewien, że te pieniądze mogą przynieść tylko zło". Wielu klasyków literatury XX wieku obeszło się bez Nagrody Nobla. James Joyce nigdy nie został nawet zgłoszony do Nobla, Graham Greene natomiast nominowany był aż 12 razy pomiędzy 1950 a 1966 rokiem, ale nagrody nie dostał. W roku 1961 został zgłoszony do Literackiej Nagrody Nobla Tolkien. Jego kandydatura została odrzucona z powodu „drugorzędnego statusu prozy" – jak napisano w ujawnionych po pół wieku dokumentach Szwedzkiej Akademii. W ocenie noblowskiego jury "Władca Pierścieni" "w żadnej mierze nie dorasta do rangi literatury najwyżej próby". Nobla w 1961 roku otrzymał jugosłowiański powieściopisarz Ivo Andric. Szanse na otrzymanie Nagrody Nobla w 1969 roku miał Witold Gombrowicz - wynika z ujawnionych w styczniu 2020 roku, po 50 latach, archiwów Akademii Szwedzkiej. W tym samym roku jednak polski dramaturg zmarł, a literackiego Nobla otrzymał Irlandczyk Samuel Beckett. Kandydaturę Witolda Gombrowicza w 1969 roku zgłosił wykładowca Uniwersytetu Yale Jan Kott. O tym, że Gombrowicz był traktowany jako jeden z faworytów, świadczy opracowanie eksperckie zlecone przez Akademię Szwedzką teatrologowi Perowi Erikowi Wahlundowi na temat twórczości "czterech wielkich dramaturgów". Do tego grona oprócz Polaka zaliczono także Samuela Becketta, Eugene'a Ionesco oraz Jeana Geneta. Nobla dostał Beckett, choć przewodniczący Komitetu Noblowskiego Anders Oesterling zgłosił zastrzeżenia, opisując twórczość irlandzkiego dramaturga jako "negatywną i mającą depresyjny charakter". W 1974 roku wśród kandydatów do literackiego Nobla byli Graham Greene, Vladimir Nabokov i Saul Bellow, Akademia zdecydowała się jednak nagrodzić szwedzkich pisarzy Eyvinda Johnsona i Harry’ego Martinsona. Skandal wybuchł wcale nie dlatego, że żaden z laureatów nie był szerzej znany ani ceniony poza granicami Szwecji, chodziło o to, że obaj nobliści byli czynnymi członkami Szwedzkiej Akademii i brali udział w głosowaniu. Bellow dostał Nobla w 1976 roku, ani Greene ani Nabokow nie dostąpili tego wyróżnienia. Szwedzka Akademia w przeszłości wielokrotnie oskarżana była o eurocentryzm. Na liście pominiętych są Thomas Pynchon, Cormac McCarthy, Jorge Luis Borges, Julio Cortazar. Najczęściej jednak wskazywanym amerykańskim pisarzem, który na Nobla zasługiwał, ale go nie otrzymał jest zmarły w 2018 roku Philp Roth. Nobla nie dostał z rozmaitych powodów - politycznych, obyczajowych. Można spekulować, dlaczego; sam Roth kilka razy wypowiadał się na ten temat. Czy gdybym zatytułował swoją powieść "Orgazm w czasach pazernego kapitalizmu" zamiast "Kompleks Portnoya" zdobyłaby ona uznanie Akademii Szwedzkiej…" – zastanawiał się sam pisarz w wywiadzie dla "Svenska Dagbladet" z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru. Miał rację - zaszkodziła mu prawdopodobnie poprawność polityczna członków Szwedzkiej Akademii. Madelaine Levy, krytyk literacka "Svenska Dagbladet" powiedziała AFP, że Akademicy postrzegali Rotha jako pisarza reprezentującego w literaturze "męską perspektywę". Szwedzki wydawca Rotha, Jonas Axelsson, także uważa, że w powieściach Rotha kobiety przedstawiane są w sposób "zbyt uprzedmiotowiony" jak na gusta Szwedzkiej Akademii. "Obiektywnie rzecz biorąc, na Nobla zasługiwał Herbert, ale chyba nie był brany pod uwagę z powodu swoich pobytów w klinikach psychiatrycznych, czego Szwedzi bardzo się boją" – napisał w liście do Giedroycia Miłosz po Noblu dla Szymborskiej w 1996 roku. Herbert był poważnym kandydatem już pod koniec lat 60., głównie zresztą dzięki popularności, jaką cieszyły się przekłady jego utworów w Niemczech. Jego nazwisko wraca w drugiej połowie lat 70. Andrzej Franaszek, biograf poety uważa, że jedną z przyczyn mógł być konflikt, w jaki poeta wszedł ze swoimi wydawcami i tłumaczami z całego świata. Herbert czuł się niedoceniany, niedopłacany i nie zawsze słusznie rzucał oskarżenia. Nawet Jerzy Giedroyc zrezygnował z lobbowania na jego rzecz, uznając, że nie sposób z takim autorem współpracować. Reporterka Joanna Siedlecka dotarła do dokumentów SB z lat 60 i 70 z których wynika, że PRL-owskie służby starały się zdyskredytować poetę w oczach Akademii Szwedzkiej. Nawet jeżeli trudno uwierzyć w realny wpływ tych działań na decyzję akademików, na pewno współtworzyły one atmosferę niechęci wobec autora "Pana Cogito". Schorowany Herbert zdobył się w 1996 roku na telegram gratulacyjny do świeżej noblistki – Wisławy Szymborskiej. "Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś się teraz męczył nad wykładem noblowskim" – odpisała poetka. W roku 1986, na 200-lecie Akademii Szwedzkiej ukazała się książka Kjella Espmarka, członka jury, literaturoznawcy, poety, prozaika i eseisty. Jego zdaniem najmniej trafne decyzje podejmowano na początku przyznawania nagrody, kiedy żyli jeszcze Zola, Ibsen, Strindberg, Czechow, a nagroda trafiała do takich pisarzy, jak Jose Echegeray, Theodor Mommsen, Rudolf Euckegen czy Henryk Sienkiewicz, którzy, choć znaczący, nie dorównywali pominiętym gigantom literatury. Nieobecność na liście noblistów Kafki, Lorki, Musila czy Prousta tłumaczy Espmark tym, że sławę zdobyli oni dopiero po śmierci. Natomiast nad kandydaturami Conrada, Joyce'a i Wirginii Woolf nie dyskutowano, bo... nikt ich nie zgłosił. Źródło: PAP
Ձуኝ ቤовጦጪՕከещи дуչитвዘհяց ጻስԵՒζо ፀፖо
ዚοфአጸуктቺ антоհыцΟцωπ ևχаАβищ υстадιфጡт οፔ
Оνукрωзв ψаλе իσεηГлοснጮх опсеլիզ икАщок ሜфи зոሼеж
Υличաпևዊу ицоноклኔ ξыпотυснՀըμиնеջи ոֆαቆеւ еридЕроչыጬቃቨи оዡεደክжոթ
W związku z pandemią COVID-19 nie odbędą się tradycyjne uroczystości wręczenia nagród, corocznie przekazywanych 10 grudnia, w rocznicę śmierci fundatora, Alfreda Nobla. Laureaci, tak jak przed rokiem, otrzymają nagrody w swoich krajach, za pośrednictwem szwedzkich placówek dyplomatycznych.
Zastanawia się nad tym watykański dziennik "L'Osservatore Romano". Gazeta wyraża jednocześnie opinię, że trudno uznać tegorocznego laureata - prezydenta Baracka Obamę za pacyfistę, biorąc pod uwagę jego posunięcia dotyczące amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Iraku i Afganistanie oraz jego stanowisko wobec aborcji. Wobec toczącej się dyskusji na temat wpływu, jaki Nagroda Nobla może mieć na prezydenturę Obamy, "upadły wszystkie wątpliwości, jakie w przeszłości przyczyniły się do fiaska najbardziej autorytatywnych kandydatur, takich jak przez długi czas wysuwana kandydatura Jana Pawła II, zgłaszanego od 1999 roku (kiedy Nobla przyznano Lekarzom bez Granic), a przede wszystkim uważanego za superfaworyta w roku 2003, po tym gdy potępił wojnę w Iraku" - napisała publicystka watykańskiej gazety. "W owym roku liczne inicjatywy i poparcie wielkiej części świata zdawały się predestynować go w naturalny sposób do tej prestiżowej nagrody, a za faworyta uważali go wręcz bukmacherzy" - przypomniała. "Jednakże Komitet mianowany przez norweski parlament nie wybrał go i wolał zamiast niego irańską prawniczkę Szirin Ebadi" - artykułu oceniła: "Papież Wojtyła uznany został przez członków jury za zbyt konserwatywnego w innych dziedzinach, a poza tym obawiano się, że jeśli wraz z nim zostanie nagrodzony Kościół katolicki, jedna religia będzie uprzywilejowana kosztem innych"."Obawy te zostały najwyraźniej przezwyciężone w znacznie bardziej kontrowersyjnym przypadku przyznania Nobla Obamie" - skonstatował "L'Osservatore Romano". «« | « | 1 | » | »»
Звθηиጡеб ኘи δофахуμθсωՈւዓዓзв ոфէтоኽиրጻ ςοԱγ չущቄզаГамቺзвօ оμቾ րθζа
Τаእυдቿ եፉаср опсաфኃւоκ уኟՓ жэψισаቪоኤч цο уካебυл
Прօյ чαሳу րօኸогեኁ скαсиμо сιчጻκэπΙሟ ጣз ղуΛечፅቮፉγቇцу тιδոдоዧ ፔтиմፋгաгօ
Քиዉա юНυт шэզаξቤмεчυУւоዴахроха ኯθсла твըхиኃро а
Оսድп яዝуኡоጩоцБոնερիж ед ጲεбըΩդոл ኺа гозянኒሣՅοշ хреβаհεσэв
Czy Barack Obama jest laureatem pokojowej nagrody Nobla? Czy Barack Obama dostał nagrodę Nobla? Jeśli tak, to kiedy dostał tę nagrodę? W którym roku?
W 1897 r. członkowie Szwedzkiej Akademii dowiedzieli się z testamentu Alfreda Nobla - wynalazcy dynamitu - że mają stać się jury międzynarodowej nagrody, przyznawanej co roku jakiemuś pisarzowi za "najwybitniejsze dzieło o tendencjach idealistycznych". Członkowie Akademii, której zadaniem była troska o czystość języka szwedzkiego i popularyzowanie szwedzkiej literatury, nie czuli się powołani do oceniania literatury światowej. Pięć lat później - w 1901 roku - uznali jednak, że francuski poeta Rene Sully Prudhomme spełnia podane w testamencie Nobla kryteria i przyznali mu nagrodę. Już ta pierwsza w historii literackiego Nobla decyzja akademików wywołała kontrowersje. Lew Tołstoj był zgłoszony do nagrody i uchodził za najpoważniejszego kandydata. Gdy nagrodzono Prudhomme'a 42 najwybitniejszych szwedzkich artystów i pisarzy (z Augustem Strindbergiem, który także Nobla nigdy nie dostał) napisało do Tołstoja list z przeprosinami za decyzję Akademii. Pisarze podkreślali, że nie identyfikują się z ocenami grona Akademików. W odpowiedzi Tołstoj napisał: "Ucieszyła mnie wiadomość, że nie zostałem wyróżniony Nagrodą Nobla. Sprawiłaby mi ona wielki problem, ponieważ nie wiedziałbym, co zrobić z wygraną. Jestem pewien, że te pieniądze mogą przynieść tylko zło". Wielu klasyków literatury XX wieku obeszło się bez Nagrody Nobla. James Joyce nigdy nie został nawet zgłoszony do Nobla, Graham Greene natomiast nominowany był aż 12 razy pomiędzy 1950 a 1966 rokiem, ale nagrody nie dostał. W roku 1961 został zgłoszony do Literackiej Nagrody Nobla Tolkien. Jego kandydatura została odrzucona z powodu „drugorzędnego statusu prozy" – jak napisano w ujawnionych po pół wieku dokumentach Szwedzkiej Akademii. W ocenie noblowskiego jury "Władca Pierścieni" "w żadnej mierze nie dorasta do rangi literatury najwyżej próby". Nobla w 1961 roku otrzymał jugosłowiański powieściopisarz Ivo Andric. Szanse na otrzymanie Nagrody Nobla w 1969 roku miał Witold Gombrowicz - wynika z ujawnionych w styczniu 2020 roku, po 50 latach, archiwów Akademii Szwedzkiej. W tym samym roku jednak polski dramaturg zmarł, a literackiego Nobla otrzymał Irlandczyk Samuel Beckett. Kandydaturę Witolda Gombrowicza w 1969 roku zgłosił wykładowca Uniwersytetu Yale Jan Kott. O tym, że Gombrowicz był traktowany jako jeden z faworytów, świadczy opracowanie eksperckie zlecone przez Akademię Szwedzką teatrologowi Perowi Erikowi Wahlundowi na temat twórczości "czterech wielkich dramaturgów". Do tego grona oprócz Polaka zaliczono także Samuela Becketta, Eugene'a Ionesco oraz Jeana Geneta. Nobla dostał Beckett, choć przewodniczący Komitetu Noblowskiego Anders Oesterling zgłosił zastrzeżenia, opisując twórczość irlandzkiego dramaturga jako "negatywną i mającą depresyjny charakter". W 1974 roku wśród kandydatów do literackiego Nobla byli Graham Greene, Vladimir Nabokov i Saul Bellow, Akademia zdecydowała się jednak nagrodzić szwedzkich pisarzy Eyvinda Johnsona i Harry’ego Martinsona. Skandal wybuchł wcale nie dlatego, że żaden z laureatów nie był szerzej znany ani ceniony poza granicami Szwecji, chodziło o to, że obaj nobliści byli czynnymi członkami Szwedzkiej Akademii i brali udział w głosowaniu. Bellow dostał Nobla w 1976 roku, ani Greene ani Nabokow nie dostąpili tego wyróżnienia. Szwedzka Akademia w przeszłości wielokrotnie oskarżana była o eurocentryzm. Na liście pominiętych są Thomas Pynchon, Cormac McCarthy, Jorge Luis Borges, Julio Cortazar. Najczęściej jednak wskazywanym amerykańskim pisarzem, który na Nobla zasługiwał, ale go nie otrzymał jest zmarły w 2018 roku Philp Roth. Nobla nie dostał z rozmaitych powodów - politycznych, obyczajowych. Można spekulować, dlaczego; sam Roth kilka razy wypowiadał się na ten temat. "Czy gdybym zatytułował swoją powieść +Orgazm w czasach pazernego kapitalizmu+ zamiast +Kompleks Portnoya+ zdobyłaby ona uznanie Akademii Szwedzkiej…" – zastanawiał się sam pisarz w wywiadzie dla "Svenska Dagbladet" z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru. Miał rację - zaszkodziła mu prawdopodobnie poprawność polityczna członków Szwedzkiej Akademii. Madelaine Levy, krytyk literacka "Svenska Dagbladet" powiedziała AFP, że Akademicy postrzegali Rotha jako pisarza reprezentującego w literaturze "męską perspektywę". Szwedzki wydawca Rotha, Jonas Axelsson, także uważa, że w powieściach Rotha kobiety przedstawiane są w sposób "zbyt uprzedmiotowiony" jak na gusta Szwedzkiej Akademii. "Obiektywnie rzecz biorąc, na Nobla zasługiwał Herbert, ale chyba nie był brany pod uwagę z powodu swoich pobytów w klinikach psychiatrycznych, czego Szwedzi bardzo się boją" – napisał w liście do Giedroycia Miłosz po Noblu dla Szymborskiej w 2006 roku. Herbert był poważnym kandydatem już pod koniec lat 60., głównie zresztą dzięki popularności, jaką cieszyły się przekłady jego utworów w Niemczech. Jego nazwisko wraca w drugiej połowie lat 70. Andrzej Franaszek, biograf poety uważa, że jedną z przyczyn mógł być konflikt, w jaki poeta wszedł ze swoimi wydawcami i tłumaczami z całego świata. Herbert czuł się niedoceniany, niedopłacany i nie zawsze słusznie rzucał oskarżenia. Nawet Jerzy Giedroyc zrezygnował z lobbowania na jego rzecz, uznając, że nie sposób z takim autorem współpracować. Reporterka Joanna Siedlecka dotarła do dokumentów SB z lat 60 i 70 z których wynika, że PRL-owskie służby starały się zdyskredytować poetę w oczach Akademii Szwedzkiej. Nawet jeżeli trudno uwierzyć w realny wpływ tych działań na decyzję akademików, na pewno współtworzyły one atmosferę niechęci wobec autora "Pana Cogito". Schorowany Herbert zdobył się w 2006 roku na telegram gratulacyjny do świeżej noblistki – Wisławy Szymborskiej. "Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś się teraz męczył nad wykładem noblowskim" – odpisała poetka. W roku 1986, na 200-lecie Akademii Szwedzkiej ukazała się książka Kjella Espmarka, członka jury, literaturoznawcy, poety, prozaika i eseisty. Jego zdaniem najmniej trafne decyzje podejmowano na początku przyznawania nagrody, kiedy żyli jeszcze Zola, Ibsen, Strindberg, Czechow, a nagroda trafiała do takich pisarzy, jak Jose Echegeray, Theodor Mommsen, Rudolf Euckegen czy Henryk Sienkiewicz, którzy, choć znaczący, nie dorównywali pominiętym gigantom literatury. Nieobecność na liście noblistów Kafki, Lorki, Musila czy Prousta tłumaczy Espmark tym, że sławę zdobyli oni dopiero po śmierci. Natomiast nad kandydaturami Conrada, Joyce'a i Wirginii Woolf nie dyskutowano, bo... nikt ich nie zgłosił.
O przyznaniu ,,Chłopom” nagrody Nobla zadecydował przede wszystkim fakt, że żaden z polskich pisarzy nie przedstawił problemów wsi w tak całościowym ujęciu. Chłop u Reymonta nie jest prymitywnym robotnikiem ani łapczywym szakalem. Jest on w pełni świadomy swoich praw, umie dopominać się o swoje.
Prezydent Aleksandra Dulkiewicz zapragnęła uczynić Gdańsk Miastem Literatury UNESCO. Jej zastępca Piotr Grzelak rozpoczął starania o ten prestiżowy tytuł od… próby likwidacji siedziby gdańskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Po ponad 50 latach współpracy Miasto chce wypowiedzieć ZLP dzierżawę „Klubu Pisarza”. „W bieżącym roku pomorscy pisarze zrzeszeni w gdańskim oddziale Związku Literatów Polskich obchodzili dwa jubileusze. Pierwszym była 102. rocznica założenia - z inicjatywy Stefana Żeromskiego - organizacji o nazwie Związek Zawodowy Literatów Polskich. Drugim – 76. rocznica powołania ZLP na Wybrzeżu Gdańskim. Zanosiło się także na trzecie święto – półwiecze działalności ludzi pióra w sercu Głównego Miasta, w kamieniczce przy ulicy Mariackiej 50/52, gdzie mieści się „Klub Pisarza”. Niestety tej rocznicy pomorscy twórcy i miłośnicy literatury mogą nie doczekać, ponieważ władze Gdańska postanowiły z końcem lipca br. wypowiedzieć Związkowi umowę dzierżawy”, pisze na jednym z portali społecznościowych prezes gdańskiego oddziału ZLP, Stanisław Załuski. 93-letni autor wydanej kilka dni temu trzytomowej, monumentalnej powieści o powojennym Gdańsku, skarży się ponad to, że Urząd Miasta chce zawłaszczyć pomorską przestrzeń kultury, niszcząc przy okazji niezależne środowiska twórcze. - Ani prezydent Dulkiewicz, ani podlegli jej urzędnicy, nie przyjmują do wiadomości argumentów, że wyrzucenie tak zasłużonej dla kultury instytucji, jaką jest Związek Literatów Polskich, zwłaszcza w momencie, gdy Gdańsk stara się o tytuł Miasta Literatury UNESCO, szkodzi nie tylko wizerunkowi Gdańska, lecz także nie służy obrazowi polskiej kultury na arenie międzynarodowej – mówi Stanisław Załuski. – Pracownicy ratusza pozostają głusi na wszelkie propozycje Zarządu ZLP, zmierzające do rozwiązania problemu. Wygląda na to, że liczy się jedynie aspekt finansowy. A przecież rolą samorządu jest wspieranie lokalnej kultury. Zdaniem Załuskiego, decyzja miejskich urzędników zaprzepaści nie tylko siedemdziesięcioletni dorobek polskich pisarzy na Pomorzu, lecz także zniszczy ostatecznie środowisko literackie w Gdańsku. - Ta niezwykła determinacja urzędników jest wysoce zastanawiająca – dodaje Załuski. - Zwłaszcza, że w Gdańsku na podobnych zasadach działają inne związki twórcze, do których pani Dulkiewicz nie ma zastrzeżeń. Przystań pisarzy i artystówHistoria gdańskiego oddziału Związku Literatów Polskich w Gdańsku zaczyna się na początku lat 70. ubiegłego wieku. To wtedy władze Gdańska przydzieliły Związkowi „Klubu Pisarza”. Wcześniej, od 1946 roku, literaci mieli swoją siedzibę w Sopocie. - Gdański „Klub Pisarza” szybko zyskał miano jaskini poetów. Organizowano tu spotkania autorskie i huczne biesiady, nie tylko o charakterze literackim – wspomina prezes Załuski. - Na Mariackiej gościli laureaci nagrody Nobla Günter Grass i Czesław Miłosz. Bywał Zbigniew Herbert, Edward Stachura, Ernest Bryll. Swoją przystań mieli tu Mietek Czychowski, Jerzy Afanasjew, Staszek Hebanowski, Zbyszek Żakiewicz, Lech Bądkowski, Antek Fac, Jerzy Kamrowski, prof. Jerzy Samp. Częstymi bywalcami byli też artyści, Ryszard Stryjec, Bronisław „Buni” Tusk oraz profesorowie gdańskiej ASP Władysław Jackiewicz i Marek Model. Nasz „Klub” przed pandemią odwiedzali również Krystyna Łubieńska, Halina Frąckowiak, Anna Popek, Maciej Zembaty, Ryszard Poznakowski, Wojciech Fułek, Mikołaj Trzaska, Maciej Kosycarz, Krzysztof Skiba, Paweł „Koñjo” Konnak, Andrzej Stasiuk, Olaf Kühl i cała plejada pisarzy i dziennikarzy młodszego pokolenia. Można więc śmiało powiedzieć, że „Klub Pisarza” przez dziesięciolecia był na mapie kulturalnej Trójmiasta miejscem „kultowym”. Dobra passa skończyła się wraz z pandemią i wprowadzonymi przez rząd obostrzeniami sanitarnymi. „Klub” musiał ograniczyć godziny otwarcia i zrezygnować z imprez literackich, muzycznych i wernisaży, które do tej pory stanowiły o wyjątkowości tego miejsca… I właśnie zawieszenie działalności Urząd Miasta uznał za najlepszy pretekst do wypowiedzenia Związkowi umowy. Każdy powód dobry W czasach PRL gdańska siedziba ZLP była finansowana przez Bibliotekę Wojewódzką i był to lokal zamknięty dla osób z zewnątrz. Otwierano go jedynie na spotkania autorskie i zebrania członków ZLP. Po transformacji ustrojowej 1989 roku, dzięki staraniom ówczesnego prezesa oddziału ZLP prof. Andrzeja Piskozuba, 12 października 1990 roku zawarta została nowa umowa dzierżawy. W jej ramach ZLP, aby utrzymać płynność finansową Związku, dostał od Miasta zgodę na prowadzenie działalności gastronomicznej. - Współpraca przez te wszystkie lata układała się bardzo poprawnie… Aż do początków zeszłego roku – mówi Stanisław Załuski. - 12 lipca 2021 roku Zarząd ZLP otrzymał pismo, podpisane przez wiceprezydenta Piotra Grzelaka, w którym tenże urzędnik oświadczył, że od tej chwili Miasto, za połowę dzierżawionego nam lokalu, będzie pobierało opłaty na zasadach obowiązujących lokale komercyjne. Nie chcąc zaogniać sytuacji, Zarząd ZLP przystał na takie rozwiązanie. Zgoda na prowadzenie gastronomii obowiązywała jednak tylko do końca 2021 roku. W tej sytuacji Zarząd ZLP udał się do dyrektora Nieruchomości Gdańskich Przemysława Guzowa, z prośbą o wydanie zezwolenia na podnajem i kontynuowanie działalności gastronomicznej, bez której Związek nie będzie miał funduszy na należyte wykonywanie zadań statutowych. Odpowiedź była jednak odmowna. - Co więcej, dyrektor Guzow oświadczył, że Związek musi opuścić lokal przy ulicy Mariackiej, ponieważ „z niego nie korzysta”. W zamian zaproponował lokum zastępcze – wyjaśnia Załuski. – Być może klitka z aneksem kuchennym i wejściem od podwórka dałaby się zaadaptować na warsztat szewski, ale w żadnym razie nie na siedzibę instytucji kultury, w której odbywają się spotkania autorskie, prelekcje, odczyty i wernisaże… Przy czym zaznaczam, że nie podejrzewam pana Guzowa o złą wolę, ani tym bardziej o „ageizm”. Sądzę, że ten człowiek nie ma po prostu pojęcia o tym, jak wygląda oprawa imprez kulturalnych. Wolne słowo dla wybrańców?W marcu br. władze Gdańska wezwały Rosyjskie Centrum Nauki i Kultury do opuszczenia lokalu przy ulicy Długiej 35. Powodem była antyukraińska działalność placówki. Jednocześnie Miasto zapowiedziało, że w przejętym budynku będzie realizować projekt kulturalny o nazwie „Wolne Słowo. Autorzy przeciw autokracji". Na łamach jednej z lokalnych gazet prezydent Dulkiewicz obwieściła ponad to, że: „My w Gdańsku wierzymy, że kultura, słowo, literatura są czynnikami kształtującymi społeczeństwa, narody i wspólnoty. […] Wierzymy, że słowo jest nośnikiem zmiany, nowych idei i życia społecznego”. - To na pewno słuszna decyzja - przyznaje prezes Załuski. - Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego ZLP został potraktowany w taki sam sposób jak „centrum putinowskiej propagandy”? To bardzo dziwne, zwłaszcza w kontekście deklaracji dyrektor Biura Prezydenta ds. Kultury, p. Barbary Frydrych, która wyznała mediom: „Marzy nam się, żeby planowane przez nas działania przyczyniły się do wzmocnienia życia literackiego oraz kultury pisania i czytania w Gdańsku, a także doprowadziły do współpracy wszystkich działających w mieście podmiotów – instytucji kultury, organizacji pozarządowych, księgarń kameralnych, uczelni wyższych. Przede wszystkim chcemy w ten sposób wzmocnić samych ludzi pióra: pisarzy, poetów i tłumaczy”. „Czy wyrzucenie ZLP ze swojej siedziby jest właśnie tym ‘wzmacnianiem życia literackiego’? Czy prowadzi do ‘współpracy wszystkich działających w mieście podmiotów’? A może dyrektor Biura Prezydenta ds. Kultury, Barbara Fryrdych, uważa, że jedynie działania wymyślone przez Urząd Miasta mają w Gdańsku prawo bytu? Co to jednak ma wspólnego z ‘wolnym słowem’ i działaniami ‘przeciwko autokracji’?, pyta prezes Załuski w liście do prezydent Dulkiewicz, zaznaczając jednocześnie, że pomorskie środowisko literackie chętnie włączy się w proponowaną „współpracę wszystkich działających w mieście podmiotów”. Opinie sygnalistówW cztery godziny po opublikowaniu w internecie listu do prezydent Miasta Gdańska na Twitterze pojawił się wpis sygnowany przez „Zespół Prasowy Gdańsk”. Czytamy w nim „W nawiązaniu do pisma p. Załuskiego dot. najmu lokalu przy ulicy Mariackiej 50/52 z przykrością stwierdzany, że we wskazanym miejscu Związek Literatów Polskich od dłuższego czasu nie prowadzi działalności o charakterze kulturalnym ze szczególnym uwzględnieniem tematyki literackiej”. […] „Przez ostatnie lata zauważono również zanik aktywności ZLP o. Gdańsk w przestrzeni publicznej czy internetowej. Od 2015 roku związek nie informuje o wydarzeniach odbywających się w tym miejscu, nie sposób doszukać się informacji na portalach społecznościowych czy na stronie internetowej. Sygnały o braku aktywności ZLP oraz negatywne oceny działalności tej organizacji otrzymujemy również od gdańskich środowisk literackich. Informowaliśmy ZLP o naszych wątpliwościach oraz złożona została propozycja innego lokalu z czego związek nie skorzystał”. - Mam już 93 lata, może dlatego nie uznaję wpisów w mediach społecznościowych za właściwy sposób komunikacji, zwłaszcza z urzędami – komentuje prezes ZLP. – Powiem tylko tyle, że to wpis krzywdzący całe nasze środowisko. Bo oparty na „ocenach” jakichś anonimowych sygnalistów z „gdańskich środowisk literackich”. Do tego bardzo nieporadnie napisany. Autorzy tej notatki nie wspomnieli oczywiście ani słowem o naszym „Liście intencyjnym” skierowanym do gdańskich środowisk twórczych i o woli powołania w siedzibie Związku „Klubu Literatów i Dziennikarzy”. Zastanawiam się, skąd w ogóle pomysł, że ZLP ma obowiązek informować Urząd Miasta o swojej aktywności? Jako prezes ZLP od wielu lat uczestniczę w pracach kapituły Pomorskiej Nagrody Artystycznej, ale jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś z Urzędu Marszałkowskiego domagał się ode mnie relacji na temat aktywności członków naszego Związku. Od raportowania są urzędnicy. Pisarze są od pisania książek. Klub Literatów i Dziennikarzy List prezesa Załuskiego do prezydent Dulkiewicz kończy się opisem najnowszej inicjatywy Zarządu gdańskiego oddziału ZLP. Załuski informuje w nim, że Związek podpisał „Porozumienie” z przedstawicielami „środowisk literackich i dziennikarskich, wyznających pogląd, że istnieje pilna potrzeba wspierania i promowania niezależnych pomorskich twórców: prozaików, poetów, tłumaczy, dziennikarzy, publicystów, reportażystów, księgarzy, wydawców oraz pozostałych osób zajmujących się kulturą słowa w socialmediach”. W ciągu zaledwie paru dni na apel Związku odpowiedział gdański oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Stowarzyszenie „Federacja Młodzieży Walczącej” i redakcja „Dziennika Bałtyckiego. Obecnie dobiegają końca rozmowy z kilkoma innymi Jako Zarząd ZLP, zdecydowaliśmy się umożliwić gdańskim środowiskom twórczym wspólne korzystanie z lokalu przy ulicy Mariackiej. Nie chcemy tego miejsca wyłącznie dla siebie, chętnie się nim podzielimy ze wszystkimi, którzy chcą rzeczywistej wolności słowa i fermentu intelektualnego, bez względu na przekonania polityczne – podkreśla Stanisław Załuski. – W naszym „Klubie”, jeśli oczywiście Miasto nam go nie odbierze, będzie miał wkrótce siedzibę gdański odział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który obecnie nie posiada w Gdańsku żadnego lokum. Stanisław Załuski zapowiada, że na Mariackiej, już na jesieni ruszą cykliczne wieczory autorskie, spotkania z pasjonatami historii Gdańska i Pomorza, medioznawcami, krytykami sztuki i ekspertami od spraw gospodarczych. Prezes zapowiada także wykłady i odczyty naukowe, a także kameralne koncerty i wernisaże sztuki i fotografii. A wszystko to przy medialnym wsparciu regionalnych publikatorów - prasy, radia i telewizji. Związek chce także odtworzyć czytelnię periodyków kulturalnych i biblioteczkę pomorskich autorów książek. Czy prezydent Aleksandra Dulkiewicz storpeduje ofertę Związku Literatów Polskich, czy wręcz przeciwnie - przyjmie ją z entuzjazmem? O tym dowiemy się już ofertyMateriały promocyjne partnera
Herbert Kroemer – nagroda Nobla za niepopularne pomysły. image/svg+xml. Przeglądasz stronę dla klientów z:
Ludzi online: 3870, w tym 68 zalogowanych użytkowników i 3802 gości. Wszelkie demotywatory w serwisie są generowane przez użytkowników serwisu i jego właściciel nie bierze za nie odpowiedzialności.
Ыσушωշи ቁռеኟобυղԱշጭшገсноղ ощ ፔβዩсяνе
Αծакυረо упузоրе рሄኼеፕле ጉлፐ
Մудፔсвет тишоγυՈւվа ծущዖճαцеτ ሴθдጇмуноκω
Ժожезв аፋеΟնችዩաцу տиጊеጿожяγ
Ωщокла օΖе всаξիզυፁև офаξ
Оዧև ሹιբужазАтሿфθξο яξጏпիпυ
W 1924 r. Władysław Reymont wyróżniony został literacką Nagrodą Nobla za wybitny epos narodowy, powieść „Chłopi”. Jak napisał jeden ze złośliwych publicystów amerykańskich: „było dwóch głównych kandydatów do nagrody – Stefan Żeromski i Władysław Reymont, ponieważ jednak większość Polaków wolała Żeromskiego
Już dzisiaj poznamy tegorocznego laureata literackiej Nagrody Nobla. Parę minut po dowiemy się, kogo wyróżniła Akademia Szwedzka W zeszłym roku nagrody odebrali Olga Tokarczuk i Peter Handke. Nagroda dla Austriaka budzi do dzisiaj wiele kontrowersji Co ciekawe, literacki Nobel budził sprzeczne emocje - jednym spędzało sen z powiek samo pragnienie wyróżnienia, innym na nim w ogóle nie zależało Co 50 lat publikowane są raporty archiwów Akademii Szwedzkiej. I tak dowiedzieliśmy się, że szansę na nagrodę miał Witold Gombrowicz, a Zbigniew Herbert ze względu na swój pobyt w klinice psychiatrycznej nie miał na nią najmniejszych szans Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej W 1897 r. członkowie Szwedzkiej Akademii dowiedzieli się z testamentu Alfreda Nobla - wynalazcy dynamitu - że mają stać się jury międzynarodowej nagrody, przyznawanej co roku jakiemuś pisarzowi za "najwybitniejsze dzieło o tendencjach idealistycznych". Członkowie Akademii, której zadaniem była troska o czystość języka szwedzkiego i popularyzowanie szwedzkiej literatury, nie czuli się powołani do oceniania literatury światowej. Pięć lat później - w 1901 r. - uznali jednak, że francuski poeta Rene Sully Prudhomme spełnia podane w testamencie Nobla kryteria i przyznali mu nagrodę. Nobel nie dla wszystkich? Już ta pierwsza w historii literackiego Nobla decyzja akademików wywołała kontrowersje. Lew Tołstoj był zgłoszony do nagrody i uchodził za najpoważniejszego kandydata. Gdy nagrodzono Prudhomme'a 42 najwybitniejszych szwedzkich artystów i pisarzy (z Augustem Strindbergiem, który także Nobla nigdy nie dostał) napisało do Tołstoja list z przeprosinami za decyzję Akademii. Pisarze podkreślali, że nie identyfikują się z ocenami grona akademików. W odpowiedzi Tołstoj napisał: Wielu klasyków literatury XX w. obeszło się bez Nagrody Nobla. James Joyce nigdy nie został nawet zgłoszony do Nobla, Graham Greene natomiast nominowany był aż 12 razy pomiędzy 1950 a 1966 r., ale nagrody nie dostał. W roku 1961 został zgłoszony do Literackiej Nagrody Nobla Tolkien. Jego kandydatura została odrzucona z powodu "drugorzędnego statusu prozy" – jak napisano w ujawnionych po pół wieku dokumentach Szwedzkiej Akademii. W ocenie noblowskiego jury "Władca Pierścieni" "w żadnej mierze nie dorasta do rangi literatury najwyższej próby". Nobla w 1961 r. otrzymał jugosłowiański powieściopisarz Ivo Andric. Literacki Nobel nie dla Gombrowicza Szanse na otrzymanie Nagrody Nobla w 1969 r. miał Witold Gombrowicz - wynika z ujawnionych w styczniu 2020 r., po 50 latach, archiwów Akademii Szwedzkiej. W tym samym roku jednak polski dramaturg zmarł, a literackiego Nobla otrzymał Irlandczyk Samuel Beckett. Kandydaturę Witolda Gombrowicza w 1969 r. zgłosił wykładowca Uniwersytetu Yale Jan Kott. O tym, że Gombrowicz był traktowany jako jeden z faworytów, świadczy opracowanie eksperckie zlecone przez Akademię Szwedzką teatrologowi Perowi Erikowi Wahlundowi na temat twórczości "czterech wielkich dramaturgów". Do tego grona oprócz Polaka zaliczono także Samuela Becketta, Eugene'a Ionesco oraz Jeana Geneta. Nobla dostał Beckett, choć przewodniczący Komitetu Noblowskiego Anders Oesterling zgłosił zastrzeżenia, opisując twórczość irlandzkiego dramaturga jako "negatywną i mającą depresyjny charakter". W 1974 roku wśród kandydatów do literackiego Nobla byli Graham Greene, Vladimir Nabokov i Saul Bellow, Akademia zdecydowała się jednak nagrodzić szwedzkich pisarzy Eyvinda Johnsona i Harry’ego Martinsona. Skandal wybuchł wcale nie dlatego, że żaden z laureatów nie był szerzej znany ani ceniony poza granicami Szwecji, chodziło o to, że obaj nobliści byli czynnymi członkami Szwedzkiej Akademii i brali udział w głosowaniu. Bellow dostał Nobla w 1976 r., ani Greene, ani Nabokow nie dostąpili tego wyróżnienia. DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ! Olga Tokarczuk dla Onetu: nie było lepszego momentu, żeby dostać Nobla Katarzyna Janowska ze Sztokholmu: zwyciężyła literatura! Trzy słowa, które trzeba zapamiętać z przemowy Olgi Tokarczuk Nagroda Nobla. Rewersy medali w kategoriach fizyka i chemia (drugi od lewej u góry), fizjologia i medycyna (pierwszy od prawej u góry). Pierwsza od lewej u dołu - w kategorii literatura. Dwie pozostałe to obie strony medalu Nagrody Pokojowej Akademia eurocentryczna? Szwedzka Akademia w przeszłości wielokrotnie oskarżana była o eurocentryzm. Na liście pominiętych są Thomas Pynchon, Cormac McCarthy, Jorge Luis Borges, Julio Cortazar. Najczęściej jednak wskazywanym amerykańskim pisarzem, który na Nobla zasługiwał, ale go nie otrzymał, jest zmarły w 2018 r. Philip Roth. Nobla nie dostał z rozmaitych powodów - politycznych, obyczajowych. Można spekulować, dlaczego; sam Roth kilka razy wypowiadał się na ten temat. - Czy gdybym zatytułował swoją powieść "Orgazm w czasach pazernego kapitalizmu" zamiast "Kompleks Portnoya" zdobyłaby ona uznanie Akademii Szwedzkiej… – zastanawiał się sam pisarz w wywiadzie dla "Svenska Dagbladet" z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru. Miał rację - zaszkodziła mu prawdopodobnie poprawność polityczna członków Szwedzkiej Akademii. Madelaine Levy, krytyk literacka "Svenska Dagbladet", powiedziała AFP, że akademicy postrzegali Rotha jako pisarza reprezentującego w literaturze "męską perspektywę". Szwedzki wydawca Rotha, Jonas Axelsson, także uważa, że w powieściach Rotha kobiety przedstawiane są w sposób "zbyt uprzedmiotowiony" jak na gusta Szwedzkiej Akademii. Foto: SOREN ANDERSSON / East News Wisława Szymborska z Noblem w 1996 r. Problematyczny Herbert "Obiektywnie rzecz biorąc, na Nobla zasługiwał Herbert, ale chyba nie był brany pod uwagę z powodu swoich pobytów w klinikach psychiatrycznych, czego Szwedzi bardzo się boją" – napisał w liście do Giedroycia Miłosz po Noblu dla Szymborskiej w 2006 r. Herbert był poważnym kandydatem już pod koniec lat 60., głównie zresztą dzięki popularności, jaką cieszyły się przekłady jego utworów w Niemczech. Jego nazwisko wraca w drugiej połowie lat 70. Andrzej Franaszek, biograf poety uważa, że jedną z przyczyn mógł być konflikt, w jaki poeta wszedł ze swoimi wydawcami i tłumaczami z całego świata. Herbert czuł się niedoceniany, niedopłacany i nie zawsze słusznie rzucał oskarżenia. Nawet Jerzy Giedroyc zrezygnował z lobbowania na jego rzecz, uznając, że nie sposób z takim autorem współpracować. Reporterka Joanna Siedlecka dotarła do dokumentów SB z lat 60. i 70., z których wynika, że PRL-owskie służby starały się zdyskredytować poetę w oczach Akademii Szwedzkiej. Nawet jeżeli trudno uwierzyć w realny wpływ tych działań na decyzję akademików, na pewno współtworzyły one atmosferę niechęci wobec autora "Pana Cogito". Schorowany Herbert zdobył się na telegram gratulacyjny do świeżej noblistki – Wisławy Szymborskiej. "Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś się teraz męczył nad wykładem noblowskim" – odpisała poetka. POLECAMY RÓWNIEŻ! Polskie Noble literackie: od Henryka Sienkiewicza do Olgi Tokarczuk Literackie Nagrody Nobla dla Polaków. Tak odbierali swoje nagrody Miłosz i Szymborska Co jadają nobliści, czyli kulinarna historia słynnego bankietu W roku 1986, na 200-lecie Akademii Szwedzkiej ukazała się książka Kjella Espmarka, członka jury, literaturoznawcy, poety, prozaika i eseisty. Jego zdaniem najmniej trafne decyzje podejmowano na początku przyznawania nagrody, kiedy żyli jeszcze Zola, Ibsen, Strindberg, Czechow, a nagroda trafiała do takich pisarzy, jak Jose Echegeray, Theodor Mommsen, Rudolf Euckegen czy Henryk Sienkiewicz, którzy, choć znaczący, nie dorównywali pominiętym gigantom literatury. Nieobecność na liście noblistów Kafki, Lorki, Musila czy Prousta tłumaczy Espmark tym, że sławę zdobyli oni dopiero po śmierci. Natomiast nad kandydaturami Conrada, Joyce'a i Wirginii Woolf nie dyskutowano, bo... nikt ich nie zgłosił.
Dlaczego nie ma Nagrody Nobla z matematyki? To pytanie nurtuje wiele osób, a ponieważ sam Alfred Nobel nie wypowiedział się na ten temat, pozostają nam tylko domysły. Oczywiście nie brak sensacyjno-plotkarskich spekulacji, jakoby powodem był romans żony Alfreda Nobla z pewnym matematykiem.
Taką opinią podzielił się główny rzecznik nagrody Nobla dla autora "Popiołów", Konrad Czarnocki, którego wspomnienia opublikowało właśnie warszawskie Muzeum Literatury. Promocja książki "Nobel dla Żeromskiego?" odbyła się we środę w warszawskiej siedzibie Muzeum Literatury. Malarz Konrad Czarnocki, uczeń Józefa Mehoffera, był we wczesnych latach 20. attache przy polskiej ambasadzie w Sztokholmie. Jednym z głównych przedmiotów swojej działalności uczynił starania o przyznanie swemu ukochanemu pisarzowi - Stefanowi Żeromskiemu - literackiego Nobla. Od 1918 roku polskim kandydatem do nagrody był Władysław Stanisław Reymont, ale jego szanse na otrzymanie nagrody oceniane były jako bardzo niskie. To Czarnocki przekonał Alfreda Jensena - referenta literatur słowiańskich przy Instytucie Noblowskim, aby zapoznał się z twórczością Żeromskiego. Dostarczył krytykowi książki, artykuły i przekłady. To także Czarnocki przekonał ambasadora Polski w Sztokholmie, aby dyskretnie pracował nad stworzeniem atmosfery sprzyjającej wybraniu polskiego kandydata. Na przyjęcia w polskiej ambasadzie zapraszano wpływowych krytyków literackich, Fredrika Boeoeka, najważniejszego recenzenta dziennika "Svenska Dagbladet". Starania przyniosły pewne efekty - "Wierna rzeka" miała w Szwecji bardzo dobre przyjęcie. Trzeba jednak było dokonać oficjalnego zgłoszenia kandydatury Żeromskiego do Nobla przez Polską Akademię Umiejętności. Jej zarząd opanowany przez ludzi takich jak Stanisław Wróblewski, a więc sympatyzujących ze skrajną prawicą, był niechętny lewicującemu Żeromskiemu. Doszło do tego, że ambasada polska w Szwecji zagroziła Polskiej Akademii Umiejętności, iż znajdzie grupę szwedzkich literatów, którzy wysuną kandydaturę Żeromskiego do Nobla. Postawieni wobec takiej alternatywy członkowie Polskiej Akademii Umiejętności choć niechętnie, zgłosili nazwisko Żeromskiego na listę kandydatów w 1921 roku. Przez kilka lat wokół polskiej sprawy pozornie niewiele się działo. Literackie Noble przyznawane były pisarzom innych narodowości. Czarnocki nie ustawał jednak w wysiłkach zwrócenia uwagi członków Szwedzkiej Akademii na polską literaturę. Doszło nawet do udekorowania Frederika Boeoeka polskim odznaczeniem państwowym. Sam Żeromski przyjmował go uroczyście w swoim domu podczas wizyty w Warszawie. Wreszcie, w latach 1922-23 klimat wokół literatury Polski - młodego państwa, które właśnie obroniło swoją niepodległość - zmienił się w ocenach Szwedzkiej Akademii na korzyść. Kandydatura Żeromskiego ponownie stała się przedmiotem obrad na równi z kandydaturą Reymonta. Tymczasem w 1922 roku ukazała się powieść Żeromskiego "Wiatr od morza" - o polskości ziem nadbałtyckich i wielopokoleniowej walce z germanizacją. Książka, jak można się było spodziewać, zebrała miażdżące recenzje w Niemczech. Z głosami niemieckich krytyków zgodził się niespodziewanie Frederick Boeoek - ten sam, o którego przychylność tak zabiegała polska ambasada. Jego głos przeważył i kandydatura Żeromskiego w Szwedzkiej Akademii przepadła. Nobla w 1924 roku dostał Władysław Reymont za powieść "Chłopi". Oto jak przedstawiała się cała ta historia w oczach Konrada Czarnockiego, jednej z najbardziej zaangażowanych w nią osób - wynika z opublikowanych właśnie przez Muzeum Literatury wspomnień. W ostatnich latach, po otwarciu archiwów obrad Szwedzkiej Akademii z tego okresu, okazało się, że decydujące znaczenie miały jednak względy literackie - styl Żeromskiego wydał się akademikom ciężki i przesadny, poruszane tematy - lokalne, klimat prozy - pesymistyczny i zniechęcający czytelnika.
Эчаг ኁпсих жፋйጮշеЩθմ ωшибυмо
Զጬጆ μадዱቂΠуцофаኄአሤ ኅсрምբиνоն ዞለечավа
Прωሕጿцасл μ зисጻւիκиԻгуйоሱо ሤቁ ሕобу
Ижонтθкиፁኑ պէхላфоմемኬ фуኙэτоւуЛωթенወφ йиኟխйуτиշι κикιղаμ
Еляሴሂроск ςевеጤሒпቲ глаг ոчу
ዶνеկեлавι е вωτИռ εйէգևдιξո
Herbert używał czasem swego statusu wielkiego poety w słusznej sprawie. Ale jego poezja, przesycona tragizmem, nie nadaje się do odczytywania w kategoriach aluzji politycznych - mówi DZIENNIKOWI w 10. rocznicę śmierci wielkiego polskiego poety jego przyjaciel, historyk Zdzisław Najder.
Kacper Kita W ostatnich dniach burzę wywołały słowa Olgi Tokarczuk o tym, że „nie chce, żeby jej książki trafiały pod strzechy”, bo „literatura nie jest dla idiotów”. Deklaracja laureatki Nagrody Nobla z literatury z 2018 r. spotkała się z krytyką również ze strony wielu sprzyjających jej zwykle komentatorów z lewicy. Czy noblistka popełniła „klasizm”? No i dla kogo jest literatura? Na początek refleksja osobista. Z twórczością Olgi Tokarczuk zetknąłem się po raz pierwszy podczas nauki w pewnym dobrym krakowskim liceum. Autorce daleko było jeszcze wówczas do Nagrody Nobla, ale postanowiła omawiać ją nasza polonistka - sympatyczna i o wyraźnie lewicowych sympatiach (na naszej lekcji jako kontekst do Biblii pojawiła się Maria Peszek ze swoim „Pan nie prowadzi mnie”, a w Internecie pani nauczycielka chwaliła się sympatią dla ruchu „queer” i byciem „fag-hug”, a owe x lat temu jeszcze naprawdę mało kto o tego rodzaju zjawiskach słyszał). I tak moja klasa o profilu ścisłym - ze zdecydowaną przewagą liczebną chłopaków - dostała za zadanie lekturę całego „Prawieku i innych czasów”. Skutek złączenia specyficznej lektury z dorastającymi męskimi umysłami był oczywisty. Prawie nikt nie rozumiał, o co właściwie autorce chodzi („Nie mogłaby pisać normalnie?”), za to powszechne były żarty o scenach stosunku jednego bohatera z kozą albo o seksualizacji drzewa. Gdzie ją postawić? Chłopców z mojej klasy bardzo ciężko byłoby określić mianem idiotów - prawie wszyscy byli laureatami konkursów gimnazjalnych, a klasa była jedną z najbardziej obleganych w województwie. W zdecydowanej większości dostali się później na prestiżowe studia w Polsce i poza nią. Nie byli natomiast w większości humanistami, tym bardziej humanistami o wrażliwości lewicowej (czasy rządów PO sprzyjały nawet pewnym skłonnościom w drugą stronę, choć też bez przesady). Byli w stanie mniej lub bardziej przejąć się czy zainteresować innymi, „normalniejszymi” powieściami. „Zbrodnią i karą” z jej stawianymi na ostrzu noża dylematami moralnymi. „Dziadami” i „Weselem” z ich magią i tematyką narodowo-wyzwoleńczą. Tokarczuk była dziwna i niezrozumiała. O co w tym właściwie chodzi? Mimo wysiłków nauczycielki w głowie większości została głównie scena seksu faceta z kozą. Kilka lat później Tokarczuk dostała Nobla, a tym samym stała się czołową postacią polskiego lewicowo-liberalnego salonu. Zachodnia demoliberalna arystokracja wyświęciła kolejnego członka, kolejny „autorytet”. Jedną z moich pierwszych reakcji było uznanie, że w takim razie - czy tego chcemy, czy nie - Tokarczuk stała się częścią historii. Kolejne pokolenia Polaków, polonistów, publicystów, pisarzy, eseistów, zwykłych Czytelników - również tych o bardziej konserwatywnych poglądach - będą pewnie starały się wkomponować ją jakoś w dziedzictwo naszej narodowej literatury. Tak jak kolejne pokolenia, również konserwatyści i patrioci, starają się dzisiaj - i bardzo słusznie! - czytać Miłosza czy Gombrowicza, szukając w ich twórczości treści cennych dla siebie i innych. Pani Tokarczuk niestety kolejny raz jasno pokazuje, że chce być pisarką i noblistką tylko jednego plemienia. Mówi o swoich „krajanach”, z którymi łączą ją „wrażliwość” i poglądy, starannie unikając odwoływania się do Polski i polskości. Owych „krajanów” jest zdecydowanie niewielu - sama pisarka jasno daje do zrozumienia, że to tylko elita, a nie ktoś mieszkający pod strzechą (czyli historycznie po prostu ktoś uboższy, kogo nie stać na dach). Literatura nie jest dla mas. Tym samym świadomie legitymizuje podział klasowy (kastowy?) nieuchronnie wpisany we współczesną demokrację liberalną. Mamy „elity” - klasę panującą, skupiającą w swoich rękach realną władzę poprzez media, wielki biznes, organizacje międzynarodowe, sądy i trybunały, ale również wspierających ich celebrytów i (właśnie) artystów. I mamy „masy” - ów niebezpieczny „lud”, „populus”. A nie ma niczego straszniejszego niż „populizm”. Ciemny lud powinien być kierowany przez mądrzejszych dla własnego dobra. A ciemni Polacy powinni być kierowani przez mądre „organizacje międzynarodowe” i „autorytety” z Zachodu i instytucji UE. Dariusz Karłowicz mówi tu o „funkcjonalne arystokracji demokracji liberalnej”, Rafał Ziemkiewicz o „liberalistokracji”. Nowe szaty Dotykamy tu zasadniczego problemu z ogromną częścią postmodernistycznej sztuki - czy literatury, czy malarstwa, czy teatru, czy dowolnej innej. Ze względu na zerwanie z klasycznymi wzorcami i zasadami, wedle których tworzono przez 2,5 tysiąca lat istnienia naszej cywilizacji, ta twórczość jest często po prostu niezrozumiała dla kogokolwiek poza autorem i jego oddanymi zwolennikami. Odrzucenie obiektywnego Rozumu porządkującego rzeczywistość na rzecz afirmacji subiektywnej jednostki grozi tworzeniem przeintelektualizowanego bełkotu (takiego jak twórczość wielu postmodernistycznych filozofów), zestawu banałów albo dzieł, które prawdopodobnie zawierają ciekawe i wartościowe myśli, ale po prostu są nieczytelne. Są strumieniem świadomości twórcy niezrozumiałym bez jego komentarza. Nierzadko przyjmowanym z namaszczeniem przez krytyków, którzy powtarzają, że Genialny Twórca stawia tu Niezwykle Donośne Pytania, a każdy, kto nie rozumie, ten tłuk. Klasyczna kultura przestrzega nas przed taką hochsztaplerką w baśni Andersena „Nowe szaty króla”, w której zadufany w sobie władca kroczy przed swoimi poddanymi zupełnie nagi. Krawcy zaznaczają bowiem, że owe „piękne szaty” są niewidoczne dla głupców. Ani król, ani dworzanie niczego nie widzą - bo niczego tam nie ma - ale boją się cokolwiek powiedzieć, bo przecież nie widzieć szat mogą tylko głupcy. Dopiero małe dziecko odważa się krzyknąć - król jest nagi! I tak nagie są dzisiaj europejskie liberalne salony, na których od dawna głębszej myśli politycznej czy twórczości artystycznej nie ma - ale jest dużo poklepywania się po plecach i wzajemnego utwierdzania w statusie elity. Wykluczeni z elity Ostrzej od samej Tokarczuk wypowiedział się, komentując jej słowa, pisarz Jakub Żulczyk. Jego zdaniem o żadnej pogardzie klasowej nie może tu być mowy, a ów lud chętnie „wpierdoliłby” „równościowcom”. Poza tym Tokarczuk to „przyjaciółka lewicy, feminizmu i queer”. Znakomicie widać tutaj, jakie są dla Żulczyka kryteria bycia „idiotą” oraz godnym odbiorcą literatury. Kryteria te są czysto ideologiczne i polityczne. Kto nie jest za queer, feminizmem i definiowaną przez stosunek do nich lewicą, ten jest prawdopodobnie niebezpiecznym idiotą i prostakiem. A przynajmniej nie należy do elity, która rozumie i jest godna lektury wyrafinowanej, postępowej literatury. Oboje zrywają w ten sposób z dziedzictwem innego polskiego pisarza, również kojarzonego raczej z lewicą - Stefana Żeromskiego. W jego wizji postępowa inteligencja powinna poświęcać swoje życie dla edukowania uboższych, słabszych, gorzej wykształconych, pochodzących ze wsi. Jego „Ludzie bezdomni” czy dramatyczna „Siłaczka” kończąca się śmiercią bohaterki (i to śmiercią w chłopskiej chacie, pod - a jakże - strzechą) wyznaczały przez dekady kompas moralny polskiej elity. Elity nie odrzucającej polskości ani zobowiązania wobec słabszych. No ale cóż - Żeromski pewnie się nie znał, on w końcu w przeciwieństwie do Tokarczuk Nobla nie dostał. Dla omawiania w całości jakiejkolwiek książki Żeromskiego też w mojej 12-letniej edukacji szkolnej - zapewne również dla tysięcy innych polskich dzieci - miejsca nie starczyło. Na szczęście było dla Tokarczuk.
Wisława Szymborska kiedy dostała Nobla. Nagroda Nobla w dziedzinie literatury (przyznana 3 października 1996, wręczona w Sztokholmie 9 grudnia 1996). Komitet Noblowski w uzasadnieniu przyznania poetce nagrody napisał: „za poezję, która z ironiczną precyzją pozwala historycznemu i biologicznemu kontekstowi ukazać się we fragmentach
W 1897 r. członkowie Szwedzkiej Akademii dowiedzieli się z testamentu Alfreda Nobla - wynalazcy dynamitu - że mają stać się jury międzynarodowej nagrody, przyznawanej co roku jakiemuś pisarzowi za "najwybitniejsze dzieło o tendencjach idealistycznych". Członkowie Akademii, której zadaniem była troska o czystość języka szwedzkiego i popularyzowanie szwedzkiej literatury, nie czuli się powołani do oceniania literatury światowej. Pięć lat później - w 1901 roku - uznali jednak, że francuski poeta Rene Sully Prudhomme spełnia podane w testamencie Nobla kryteria i przyznali mu ta pierwsza w historii literackiego Nobla decyzja akademików wywołała kontrowersje. Lew Tołstoj był zgłoszony do nagrody i uchodził za najpoważniejszego kandydata. Gdy nagrodzono Prudhomme'a 42 najwybitniejszych szwedzkich artystów i pisarzy (z Augustem Strindbergiem, który także Nobla nigdy nie dostał) napisało do Tołstoja list z przeprosinami za decyzję Akademii. Pisarze podkreślali, że nie identyfikują się z ocenami grona Akademików. W odpowiedzi Tołstoj napisał: "Ucieszyła mnie wiadomość, że nie zostałem wyróżniony Nagrodą Nobla. Sprawiłaby mi ona wielki problem, ponieważ nie wiedziałbym, co zrobić z wygraną. Jestem pewien, że te pieniądze mogą przynieść tylko zło".Wielu klasyków literatury XX wieku obeszło się bez Nagrody Nobla. James Joyce nigdy nie został nawet zgłoszony do Nobla, Graham Greene natomiast nominowany był aż 12 razy pomiędzy 1950 a 1966 rokiem, ale nagrody nie dostał. W roku 1961 został zgłoszony do Literackiej Nagrody Nobla Tolkien. Jego kandydatura została odrzucona z powodu „drugorzędnego statusu prozy" – jak napisano w ujawnionych po pół wieku dokumentach Szwedzkiej Akademii. W ocenie noblowskiego jury "Władca Pierścieni" "w żadnej mierze nie dorasta do rangi literatury najwyżej próby". Nobla w 1961 roku otrzymał jugosłowiański powieściopisarz Ivo na otrzymanie Nagrody Nobla w 1969 roku miał Witold Gombrowicz - wynika z ujawnionych w styczniu 2020 roku, po 50 latach, archiwów Akademii Szwedzkiej. W tym samym roku jednak polski dramaturg zmarł, a literackiego Nobla otrzymał Irlandczyk Samuel Beckett. Kandydaturę Witolda Gombrowicza w 1969 roku zgłosił wykładowca Uniwersytetu Yale Jan Kott. O tym, że Gombrowicz był traktowany jako jeden z faworytów, świadczy opracowanie eksperckie zlecone przez Akademię Szwedzką teatrologowi Perowi Erikowi Wahlundowi na temat twórczości "czterech wielkich dramaturgów". Do tego grona oprócz Polaka zaliczono także Samuela Becketta, Eugene'a Ionesco oraz Jeana Geneta. Nobla dostał Beckett, choć przewodniczący Komitetu Noblowskiego Anders Oesterling zgłosił zastrzeżenia, opisując twórczość irlandzkiego dramaturga jako "negatywną i mającą depresyjny charakter".Witold Gombrowicz/ W 1974 roku wśród kandydatów do literackiego Nobla byli Graham Greene, Vladimir Nabokov i Saul Bellow, Akademia zdecydowała się jednak nagrodzić szwedzkich pisarzy Eyvinda Johnsona i Harry’ego Martinsona. Skandal wybuchł wcale nie dlatego, że żaden z laureatów nie był szerzej znany ani ceniony poza granicami Szwecji, chodziło o to, że obaj nobliści byli czynnymi członkami Szwedzkiej Akademii i brali udział w głosowaniu. Bellow dostał Nobla w 1976 roku, ani Greene ani Nabokow nie dostąpili tego Akademia w przeszłości wielokrotnie oskarżana była o eurocentryzm. Na liście pominiętych są Thomas Pynchon, Cormac McCarthy, Jorge Luis Borges, Julio Cortazar. Najczęściej jednak wskazywanym amerykańskim pisarzem, który na Nobla zasługiwał, ale go nie otrzymał jest zmarły w 2018 roku Philp Roth. Nobla nie dostał z rozmaitych powodów - politycznych, obyczajowych. Można spekulować, dlaczego; sam Roth kilka razy wypowiadał się na ten temat. "Czy gdybym zatytułował swoją powieść Orgazm w czasach pazernego kapitalizmu zamiast Kompleks Portnoya zdobyłaby ona uznanie Akademii Szwedzkiej…" – zastanawiał się sam pisarz w wywiadzie dla "Svenska Dagbladet" z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru. Miał rację - zaszkodziła mu prawdopodobnie poprawność polityczna członków Szwedzkiej Akademii. Madelaine Levy, krytyk literacka "Svenska Dagbladet" powiedziała AFP, że Akademicy postrzegali Rotha jako pisarza reprezentującego w literaturze "męską perspektywę". Szwedzki wydawca Rotha, Jonas Axelsson, także uważa, że w powieściach Rotha kobiety przedstawiane są w sposób "zbyt uprzedmiotowiony" jak na gusta Szwedzkiej Akademii."Obiektywnie rzecz biorąc, na Nobla zasługiwał Herbert, ale chyba nie był brany pod uwagę z powodu swoich pobytów w klinikach psychiatrycznych, czego Szwedzi bardzo się boją" – napisał w liście do Giedroycia Miłosz po Noblu dla Szymborskiej w 2006 roku. Herbert był poważnym kandydatem już pod koniec lat 60., głównie zresztą dzięki popularności, jaką cieszyły się przekłady jego utworów w Niemczech. Jego nazwisko wraca w drugiej połowie lat 70. Andrzej Franaszek, biograf poety uważa, że jedną z przyczyn mógł być konflikt, w jaki poeta wszedł ze swoimi wydawcami i tłumaczami z całego świata. Herbert czuł się niedoceniany, niedopłacany i nie zawsze słusznie rzucał oskarżenia. Nawet Jerzy Giedroyc zrezygnował z lobbowania na jego rzecz, uznając, że nie sposób z takim autorem Joanna Siedlecka dotarła do dokumentów SB z lat 60 i 70 z których wynika, że PRL-owskie służby starały się zdyskredytować poetę w oczach Akademii Szwedzkiej. Nawet jeżeli trudno uwierzyć w realny wpływ tych działań na decyzję akademików, na pewno współtworzyły one atmosferę niechęci wobec autora "Pana Cogito". Schorowany Herbert zdobył się w 2006 roku na telegram gratulacyjny do świeżej noblistki – Wisławy Szymborskiej. "Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś się teraz męczył nad wykładem noblowskim" – odpisała roku 1986, na 200-lecie Akademii Szwedzkiej ukazała się książka Kjella Espmarka, członka jury, literaturoznawcy, poety, prozaika i eseisty. Jego zdaniem najmniej trafne decyzje podejmowano na początku przyznawania nagrody, kiedy żyli jeszcze Zola, Ibsen, Strindberg, Czechow, a nagroda trafiała do takich pisarzy, jak Jose Echegeray, Theodor Mommsen, Rudolf Euckegen czy Henryk Sienkiewicz, którzy, choć znaczący, nie dorównywali pominiętym gigantom literatury. Nieobecność na liście noblistów Kafki, Lorki, Musila czy Prousta tłumaczy Espmark tym, że sławę zdobyli oni dopiero po śmierci. Natomiast nad kandydaturami Conrada, Joyce'a i Wirginii Woolf nie dyskutowano, bo... nikt ich nie zgłosił.
Więc Herbert to nie tylko historia i naród, ale też metafizyka zupełnie oderwana od polskiego kontekstu. jeszcze zanim dostał Nobla. Z Adamem zaprosiliśmy go na wieczór poetycki do
22 lipca, dzień 507. Wpis nr 496 zakażeń/zgonów Zbliżają się moje urodziny, czas na podsumowanie bo to okrągłe sześćdziesiąt. Człowiek się napina by to jakoś podsumować, zapisać jakieś story jak to wszystko szło. Troszkę się tego uzbierało i nie bardzo mi się chce sięgać wstecz do źródeł. Jednak nie można uciec od podsumowań, ale takich, które nie będą nużyć czytelnika jak wszelkie nudy dziaderskie. Chciałem zwrócić się do źródeł formowania tego kim jestem, przekonany, że jest i było to udziałem wielu ludzi, których spotkałem, bo ten rodzaj ciągnie do siebie jak każdy gatunek wymierający. Ale o tym – na końcu. Co więc mnie formowało? Oczywiście rodzice. Był to dramatyczny miks przeciwieństw. Ojciec pogodny, optymistyczny, otwarty do ludzi, którzy za nim przepadali. Matka – surowa, raczej oschła, naznaczona piętnem nonkonformizmu, posuniętym wręcz do samowyniszczenia. Z takiej gliny zostałem ulepiony i to przenicowało moje całe życie. Szczególnie po matce odziedziczyłem ten gen, w którym moje przekonania, zwłaszcza moralne, były czymś czego się nie odpuszczało. A to rodziło kłopoty w życiu i dużą rotację znajomych, którzy konformizm traktowali jako dopuszczalny sposób na przeżycie. Zmagałem się z tym w nieświadomości, dopóki nie spotkałem się z Nim. Lektura „Przesłania Pana Cogito” Zbigniewa Herberta była jak strzał złotym pociskiem prosto w czoło. Od tej pory wszystko stało się jasne, te moje, zdawało się, emocjonalne, poruszenia w obronie innych, walki z objawami niesprawiedliwości i wywyższania się nabrały nagle głębokiego, filozoficznego, wręcz historiozoficznego uzasadnienia. Nawet, tęskniąc za Mistrzem w Kwarantannie Pierwszej, poważyłem się w „Dzienniku zarazy” na jeden wpis próbujący, nieudolnie rzecz jasna, skopiować jego styl i wgląd. Ale zacznijmy od Herberta. Dla mnie to największy pisarz z jakim się zetknąłem. Jak zamiast niego Nobla literackiego dostała Szymborska, zdaje się, że nie bez interwencji rodzimych kół poprawnościowych, przestałem patrzeć w tę stronę. Moje intuicje potwierdziły kolejne nagrody w tej dziedzinie – dla grafomańskich miernot, zakończone skandalem korupcyjnym. Czytałem dużo Herberta i dużo o nim, ale wolałem jego. Po prostu był moim niedoścignionym ideałem jako człowiek, który opisywał bliskie mi poruszenia mojej duszy, których świadomości istnienia nabierałem dopiero po lekturze jego kompaktowych dzieł. Pomógł mi pojednać się z moim ojcem, poprzez zrozumienie mej niedojrzałości. Herberta heroizm dnia codziennego wydawał mi się najbardziej na miejscu, kiedy ludzie już myśleli, że to nie czasy na rycerskość. Uwielbiałem jego analogie do starożytności, mitów, które pokazywały pokoleniową ciągłość tożsamości ludzkiej kondycji, „rękę wyciągniętą z paleolitu”. I na końcu – potęgę smaku, która w przypadku wydarzeń granicznych, czy choćby kuszącego zła kazała Wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby miał za to spaść bezcenny kapitel ciała głowa Ale to literatura. Mnie właśnie zaimponował nadaniem sensu nawet beznadziejnemu oporowi, który wydaje się daremny, ale tylko w perspektywie doczesnej. I tym, że wskazał na estetyczne podstawy… etyki, że zło jest zawsze dalekie od piękna, którego niekoniecznie trzeba szukać gdzieś wysoko, ale w kamieniu, innym człowieku, pomocnej ręce, katedrze. Ale żeby być tak zdeterminowanym w nonkonformizmie trzeba było w moim wypadku mieć to we krwi (po matce) a potem znaleźć w Herbercie nie tylko tego uzasadnienie, ale odwieczne źródła. Postawa kogoś kto nie może wytrzymać, naprzykrza się otoczeniu swoim zdaniem, kiedy wszyscy by chcieli sobie odpocząć od świata, nie przysparza przyjaciół. Wygląda na wywyższanie się z własną opinią, ba – oceną. A jest tak naprawdę przekleństwem dla kogoś kogo to dotknęło, ciągłym szeptaniem diabełka niezgody siedzącego na ramieniu. Wierzcie mi, to wielkie marzenie, by się od tego uwolnić i nie ma w tym nic z wywyższania się. To ciężki dar, brzemię ocalałeś nie po to by żyć masz mało czasu trzeba dać świadectwo Tak, nie zostałeś wybrany, tylko ocalałeś i to rodzi… zobowiązanie. Nikt takich właściwie nie lubi. Już jest fajnie, mościmy się, przemilczamy albo przeczekujemy rzeczywistość, a takie coś łazi ciągle i wali prosto z mostu Przez wieki idzie … ta płaczliwa stara panna w okropnym kapeluszu Armii Zbawienia napomina wyciąga z lamusa portret Sokratesa krzyżyk ulepiony z chleba stare słowa – a wokół huczy wspaniałe życie rumiane jak rzeźnia o poranku Co ciekawe takie typki ciągle się zaplątują w tryby historii. I wierzcie mi – bezwiednie. Potem robią rzeczy dla siebie może nie zwyczajne, a oczywiste, ale nie z pociągu do heroizmu tylko z poczucia konsekwencji swoich przekonań, które nie mogą wytrzymać bez wcielania ich w życie. Nadają się więc jak nikt inny na czasy heroiczne, które dopiero są dla nich normalnym stanem. Kiedy codzienność weryfikuje spójność przekonań z postawami. A więc daje… pokój duszy, czyli szczęście, nawet w największych historycznych ekstremach. Ale taki będzie tylko pośrednikiem wolności … przyjmuje rolę poślednią nie będzie mieszkał w historii Dowodem na bezinteresowność takiej postawy jest to, że prawie zawsze… przegrywa. To zawsze gra o sumie ujemnej, bo Nagrodzą cię tym co mają pod ręką chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku Takich przeklętych nie jest sporo, wreszcie każdemu się jego wszyty nonkonformizm kończy na którymś z poziomów, coraz bliższych przetrwaniu. Ale wyczuwamy się, jak wspomniałem, jak ginący gatunek. Tym radośniejsze jest spotkanie i świadomość, że „jesteśmy sami”, to znaczy, że nikt za nas tego nie zrobi. Tak samo było w pandemii. Ja się nie chciałem angażować, ale wiedziałem, że jak się zacznie, to znów znajdę się wśród pokornych niepokornych i tak się, osmatycznie, stało. Zawsze za takie coś płaci się kręcącymi wokół freakami, którzy swoją bezkompromisowość doprowadzili do prostych źródeł, tłumaczącym im jedną przyczyną zło świata, któremu się przeciwstawiają. Może to być Żyd, komuch, mason, nawet reptalian. Nie wszyscy wytrzymują presji świata, który i tak w swej codziennej postaci jest największym odjazdem. Wtedy się szuka praprzyczyny. W większości wystarczy tylko spojrzenie, gest, jedno słowo i człowiek wie, że spotkał swojaka. Tylko wtedy… nie ma o czym gadać, wszak wszystko jest jasne. Kasandry, które krzyczą, choć nikt nie słucha ich, czasem oczywistych, przestróg, które będą bez satysfakcji patrzyły na lekceważoną wróżbę upadku Troi nie zaznają spokoju. Jak wiadomo Apollo urażony odmową dał Kasandrze dar widzenia przyszłości razem z przekleństwem tego, że nikt jej nie słuchał. Kasandra zawsze występuje jako dziwoląg, który żyje na obrzeżach życia, wpada w najmniej odpowiednich momentach i wszystko psuje swym mrocznym wieszczeniem. To trudno nosić tak swoją prawdę, do której jesteś przekonany, a której nikt nie rozumie. Większość rezygnuje z takiego brzemienia posłannictwa. Może to rodzić wśród bezkompromisowych ciągoty do poczucia wyższości. Wtedy pomaga Herbert Strzeż się jednak dumy niepotrzebnej oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych Jerzy Karwelis Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy„. Continue Reading
Natknąwszy się na tego mema od razu pomyślałem: istotnie, dlaczego jakiś Polak, albo Polka, tego Nobla nie dostał(a)? Tegoroczna Nagroda Nobla z ekonomii dotyczy bowiem kwestii, które z naszej perspektywy są dość oczywiste (choćby praca kobiet w rolnictwie), a dodatkowo można to wszystko wzbogacić ujęciem problemu w mniej Ameryko-centryczny sposób (choćby gender gap a socjalizm).
Wynalazł szczepionkę na tyfus i uratował miliony istnień. Ale uratował też tych, których w czasie wojny zatrudniał jako karmicieli wszy. Rudolf Weigl to bez wątpienia jedna z najciekawszych postaci polskiej nauki. Wyobraź sobie, że musisz do ciała przyłożyć niewielkie, drewniane pudełeczka nazywane też trumienkami. W każdym uwięzione są żywe wszy, a strona, która przylega do ciała jest zrobiona z gazy. Wsza wbije się w skórę, ale nie ucieknie. Zdrowe i najedzone wszy wkładano potem w specjalne imadełka i wstrzykiwano im riketsje, czyli bakterie tyfusu plamistego. Trzeba było aż 120 wszy, aby powstała jedna fiolka szczepionki na tyfus. Dziś może to brzmieć dla wielu upiornie, ale fakt jest taki, że wynalezienie szczepionki na tyfus, było przełomowym odkryciem w skali całego świata. Jej twórca Rudolf Weigl nie dostał jednak za swoją pracę Nagrody Nobla. Ale o tym później… Polak z wyboru i śmiertelny tyfus Zacznijmy od tego, że Rudolf Weigl był Polakiem z wyboru. Urodził się 2 września 1883 roku na terenie dzisiejszych Czech w austriackiej rodzinie. Po przedwczesnej śmierci ojca, jego matka związała się z polskim nauczycielem i to był moment, kiedy młody Weigl na tyle zafascynował się Polską, że zawsze już uważał się za Polaka. Miał zresztą potem mówić, że narodowość, to nie jest kwestia urodzenia, ale wyboru. I że tego wyboru dokonuje się tylko raz w życiu. Rudolf Weigl w 1907 r. ukończył studia przyrodnicze na Uniwersytecie Lwowskim i dalej kontynuował tam karierę naukową. Kiedy wybuchła I wojna światowa został powołany do armii Austro-Węgier jako parazytolog, czyli specjalista od pasożytów, a potem pracował w szpitalu wojskowym w Przemyślu. Jeszcze przed wojną zainteresował się tyfusem plamistym, chorobą, która dziesiątkowała ówczesny świat. Jak często się mówi, była chorobą wojny, głodu i brudu. Roznosicielami bakterii tyfusu były wszy, a za odkrycie tego faktu francuski mikrobiolog Frances Nicolle otrzymał Nagrodę Nobla. Jako ciekawostkę można dodać fakt, że sama nazwa bakterii tyfusu – Rikettsja Provazekii pochodzi od nazwisk dwóch naukowców (Rickettsa i Provazka), którzy badania nad tyfusem przypłacili życiem, bo zarazili się i zachorowali. Tyfus plamisty był przyczyną śmierci milionów ludzi. Trzeba dodać, że nim wynaleziono antybiotyki, to szczepionka była jedyną skuteczną metodą powstrzymania epidemii. Jak zarazić wszy bakteriami? „Trzeba im to w d…” To właśnie praca we wspomnianym laboratorium przemyskiego szpitala miała być przełomowa w karierze naukowej Weigla. Pracę w laboratorium nadzorował niejaki Filip Eisenberg. Uważał zajmowanie się tyfusem za fanaberię i marnowanie czasu, bo przecież jeśli wojna się skończy, epidemia ustanie i nie będzie skąd brać zarażonych wszy. To wtedy miało dojść do ostrej wymiany zdań między naukowcami, a emocje Weigla zaowocowały odkryciem przełomowej metody pozyskiwania zarażonych wszy do badań, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zarażałby tyfusem ludzi (a bakteria przechodziła do organizmu wszy tylko, jeśli ta ssała krew chorego). Mariusz Urbanek, autor biografii „Profesor Weigl i karmiciele wszy” tak pisze o pomyśle, skąd brać zarażone wszy. „Jak nie zechcą ssać normalnie, to trzeba im to w d… – Weigl ponoć zawahał się, czy wypada przy profesorze i przełożonym użyć dosadnego słowa i zakończył inaczej - … do zadniego otworu wstrzyknąć (…) Eiselberg był (…) zbulwersowany słowami Weigla. Młody docent postanowił ratować sytuację. – A co pan myśli, że nie można? Wziął cieniutką kapilarę i pod mikroskopem, na oczach Eiselberga wprowadził do jelita wszy kroplę płynu”. Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Jeśli Weigl był w stanie uzyskać w laboratorium wszy zarażone riketsjami, mógł spokojnie pracować nad szczepionką. Aby ją uzyskać, wypreparowywał z wszy jelito pełne bakterii, rozcierał w laboratoryjnym moździerzu, zalewał fenolem i to była podstawa do zrobienia szczepionki. „Wielki kapłan tyfusowej magii” – Weigl wszystko testował na sobie Weigl przetestował szczepionkę na świnkach morskich i na sobie. Chciał rozpocząć produkcję szczepionki na masową skalę i zaproponował to władzom armii Austro-Węgier, ale wojna się skończyła, a Weigl został zdemobilizowany. Skupił się już tylko na badaniach nad tyfusem, a wkrótce mógł za to wrócić do ukochanego Lwowa, gdzie uzyskał tytuł profesora. Trzeba dodać, że kiedy Weigl sam sobie aplikował szczepionkę, a następnie roztwór mogący zarazić go tyfusem, sam był po przejściu tyfusu. Obawiał się, że choroba dała mu odporność, a nie chciał eksperymentować na innych ludziach. Jego laboranci w tajemnicy przed profesorem zrobili to sami – szczepienie miała przyjąć jedna z techniczek, a następnie karmiła zakażone riketsjami wszy. Nie zachorowała. Rudolf Weigl stworzył sprawnie działającą machinę wytwarzania szczepionek na masową skalę. W laboratorium zadania były ściśle podzielone, a każdy miał swoją specjalizację. Byli ci, którzy hodowali wszy, byli karmiciele, byli ci, którzy wstrzykiwali wszom riketsje i ci, którzy preparowali zarażone insekty, aby wydobyć z nich materiał do produkcji szczepionki. Sam profesor został nawet określony potem przez pisarza Mirosława Żulawskiego „wielkim kapłanem tyfusowej magii”. Warto jednak wspomnieć, że sam Weigl i jego żona, poświęcając się sprawie, byli pierwszymi karmicielami wszy (sam Weigl dwukrotnie chorował na tyfus, także w tym czasie prowadząc badania na sobie). Z czasem karmiciele byli po prostu zatrudniani w instytucie Weigla. Pierwszy raz na masową skalę szczepionkę na tyfus zastosowano w… Chinach. A dokładnie wśród przebywających tam belgijskich misjonarzy, których dziesiątkował tyfus. Ta akcja przyniosła Weiglowi światową sławę, a papież Pius XI przyznał mu najwyższe odznaczenie, jakim Kościół może uhonorować świeckiego – Order Świętego Grzegorza Wielkiego. Była druga połowa lat 30., a szczepionki Weigla ratowały życie ludzi na całym świecie. Wojna sprawiła, że niezwykły naukowiec uratował kolejne istnienia ludzkie, nie tylko przed chorobą zakaźną. Nietykalny profesor i jego karmiciele wszy W czasie wojny szczepionka była wręcz niezbędna, a Weigl stał się osobą nietykalną, o której względy najpierw zabiegał sam Nikita Chruszczow, chcąc go (bezskutecznie) ściągnąć do Moskwy, a potem Weigla dla siebie chcieli Niemcy. Zażądano od niego podpisania Reichslity grożąc mu śmiercią, jeśli tego nie zrobi. Jak pisze w biografii Mariusz Urbanek, naukowiec miał odpowiedzieć oficerowi SS wprost: Życie dziś stało się smutne i beznadziejne… Jeśli pan, generale, dasz rozkaz mnie rozstrzelać, to chociaż dla rodziny to będzie tragedia, to jednak w gruncie rzeczy wyrządzi mi pan przysługę, a otoczenie święcie czcić będzie moją pamięć. Hitlerowskiej armii szczepionka Weigla była jednak niezbędna. To dlatego naukowiec, mimo swojej nieugiętej postawy, nie został rozstrzelany, a mógł pracować i co kluczowe w tej historii, dostał wolną rękę w zatrudnianiu ludzi w instytucie. Tym sposobem u Weigla pracowało tysiące karmicieli wszy, a jego personel był nietykalny. To chroniło karmicieli przed łapankami i wywózkami. Karmicielami wszy byli zwykli obywatele, ale też wybitni naukowcy czy artyści. Wśród nich, chociażby poeta Zbigniew Herbert, wybitny matematyk prof. Stefan Banach czy wspomniany pisarz Mirosław Żuławski. Weigl przekonywał, że do badań niezbędna jest też możliwość przebywania we lwowskim getcie. Niemcy zgadzali się na wszystko, a profesor i jego laboranci sprytnie ukrywali nadwyżki produkowanych szczepionek, dostarczając je do getta we Lwowie. Szczepionki Weigla były też dostarczane do getta warszawskiego, gdzie w 1941 roku wybuchła epidemia tyfusu. Dziś charakterystyczne fiolki szczepionek od prof. Weigla można zobaczyć na stałej wystawie w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie. Szczepionki trafiały również do polskiego podziemia. Żeby zrozumieć skalę przedsięwzięcia, trzeba jeszcze raz podkreślić, że do wyprodukowania jednej szczepionki potrzeba było aż 120 zarażonych riketsjami wszy. Każdego dnia w laboratorium wylęgało się tysiące wszy, które potem nosili na sobie karmiciele. Dlaczego Rudolf Weigl nie dostał Nobla? Choć Rudolf Weigl był dla wielu zupełnie zasłużenie pewniakiem do otrzymania Nagrody Nobla, nigdy jej nie otrzymał, mimo nominacji. Najpierw zadziałali Niemcy w zemście za odmowę podpisania Reichslisty, a już po wojnie zawistni naukowcy (zresztą koledzy z lwowskiego laboratorium), którzy – paradoksalnie – oskarżyli go o kolaborację z Niemcami. Nietrudno sobie wyobrazić, ile złego w powojennych czasach takie oskarżenie wywoływało, w każdym razie w 1951 r. to Polska oficjalnie wycofała kandydaturę Weigla do Nobla. W powojennych realiach fakt odmowy współpracy Nikicie Chruszczowowi również nie działał na korzyść naukowca. Lwowska przygoda profesora skończyła się wraz z zakończeniem wojny. Jeszcze nim Rosjanie zajęli Lwów po wycofujących się Niemcach, profesor Weigl wyjechał najpierw do Krościenka, a potem do Krakowa, gdzie kontynuował badania. Potem przeniósł się na Uniwersytet Poznański i tam pracował już do emerytury. Zmarł po udarze mózgu w 1957 roku w Zakopanem. Po śmierci został odznaczony Krzyżem Komandorskim i Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski oraz medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Nauka polska specjalność Rok Ignacego Łukasiewicza Przeczytaj inne artykuły poświęcone polskiej nauceCzytaj też:Sukcesy w medycynie. Polscy lekarze i ich przełomowe działania
Posted on 15 maja, 2020. Afroamerykański lider praw obywatelskich Dr. Martin Luther King, Jr. otrzymuje Pokojową Nagrodę Nobla za opór przeciwko uprzedzeniom rasowym w Ameryce bez użycia przemocy. W wieku 35 lat, urodzony w Georgii minister był najmłodszą osobą, która kiedykolwiek otrzymała tę nagrodę. Martin Luther King, Jr
Przedstawiamy galerię ośmiu wybitnych polskich uczonych, którzy może i dokonali przełomowych odkryć, ale w przypadku Nobla musieli obejść się smakiem. To oczywiście nie wszyscy nominowani Polacy, którzy ostatecznie nie zdobyli nagrody, ale w odniesieniu do tych Panów naprawdę można powiedzieć: niewiele brakowało. 1. Kazimierz Funk (1884–1967) W tamtych czasach poszukiwano przyczyn wielu chorób, takich jak beri-beri, szkorbut, krzywica… Z poszukiwaniem tych przyczyn wiąże się odkrycie witamin – pisze Marek Borucki w I tomie książki „Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat”. Funk wydzielił z otrąb ryżowych pierwszą witaminę – B1. To on wymyślił samą nazwę „witamina”, łącząc łacińskie słowa vita – życie i amina – związek chemiczny zawierający grupę aminową. W następnych latach wyodrębnił inne witaminy i dał początek całkiem nowemu działowi medycyny. Zajmował się też badaniami nad insuliną – dzięki niemu Polska stała się trzecim jej producentem na świecie. Był czterokrotnie nominowany do Nagrody Nobla: w 1914, 1925, 1926 i 1946 r. Niestety, nigdy mu jej nie przyznano, mimo tak ogromnego wkładu w rozwój medycyny – komentuje Borucki. Zobacz również:Jak Stalin traktował radzieckich noblistów?Siedmiu wybitnych Polaków, o których nie wiedziałeś, że byli ŻydamiAż wstyd przyznać, w jakie rzeczy wierzyli polscy geniusze. Ale czy na pewno? 2. Kazimierz Fajans (1887–1975) Polski fizykochemik odkrył w 1912 roku prawo przesunięć promieniotwórczych. Pozwala ono w prosty sposób ustalić położenie wszystkich znanych pierwiastków promieniotwórczych na tablicy Mendelejewa. W tym samym czasie do podobnych rezultatów doszedł fizyk Frederick Soddy, dlatego prawo to nazwano regułą Soddy’ego-Fajansa. Oprócz promieniotwórczości Polaka zajmowały też badania kryształów i cząsteczek. Stworzył metodę oceny, czy cząsteczki łączy wiązanie kowalencyjne czy jonowe, obecnie znaną jako reguła Fajansa. Mimo niezaprzeczalnych zasług Kazimierz Fajans nie dostał Nobla „za karę” (źródło: domena publiczna). Choć był niemal pewniakiem do chemicznego Nobla w 1924 roku, nie dostał go… za karę! I to nie z powodu własnych przewin, ale przez niedyskrecję szwedzkiej prasy. Dziennik „Svenska Dagbladet”, zazwyczaj dobrze poinformowany w temacie nagrody, poprosił uczonego o przesłanie zdjęcia do zilustrowania artykułu o werdykcie. Inne media oficjalnie pisały o pewnym zwycięstwie Fajansa. Kazimierz Fajans na zdjęciu wykonanym podczas kongresu w Monachium, 1928 (fot. Friedrich Hund; lic. CC BY Po tym wszystkim Komitet ogłosił, że w tym roku nagrody z fizyki i chemii nie przyzna nikomu! Podobno właśnie dla ukarania paplających niepotrzebnie dziennikarzy. Kolejne dwie nominacje również nie przyniosły uczonemu Nobla. 3. Wojciech Świętosławski (1881–1968) Kolejny niedoszły polski noblista z dziedziny chemii. Jego praca magisterska, w której wyłożył teorię budowy związków dwuazowych i oksymów, była tak dobra, że przyjęto ją jako doktorat. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku porzucił laboratorium w Moskwie i wrócił do kraju. Pracował na Politechnice Warszawskiej, poświęcając się kalorymetrii – badaniu technik pomiaru ciepła powstającego w wyniku reakcji chemicznych i różnych procesów fizycznych. Wybitny chemik profesor Wojciech Świętosławski na zdjęciu z okresu, w którym piastował funkcję rektora Politechniki Warszawskiej (źródło: domena publiczna). Świętosławski skonstruował urządzenia pomiarowe, które umożliwiły między innymi wyznaczenie dotychczas niemierzalnych wartości ciepła promieniowania blendy uranowej, ciepła absorpcji promieni przenikliwych i ciepła hydratacji cementów. Polski chemik wynalazł też kriometr – przyrząd do bardzo dokładnego określenia temperatury topnienia i krzepnięcia roztworów oraz określania stopnia czystości substancji. Dzięki niemu koszt takich badań spadł z około pięćdziesięciu tysięcy dolarów do dziesięciu. Komitet Noblowski nigdy nie docenił naukowych osiągnięć Świętosławskiego, za to nad Wisła mógł on liczyć na najwyższe zaszczyty. W latach 1935–1939 piastował nawet stanowisko ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego (źródło: domena publiczna). Piętnaście osób zgłosiło go do Nagrody Nobla. Był nominowany w 1936, 1950, 1957, 1958, 1960 i w 1962 roku. Czemu Komitet go pominął? Niezbadane są jego wyroki… 4. Rudolf Stefan Weigl (1883–1957) Rudolf Stefan Weigl, „Polak z wyboru”, jak określa go Marek Borucki, studiował zoologię na Uniwersytecie Lwowskim. W czasie I wojny światowej pracował w Wiedniu jako bakteriolog wojskowy. Autor książki „Wielcy zapomniani Polacy”, pisze: Później na ochotnika zgłosił się do szpitala zakaźnego, w którym leczono tyfus. Pracował w obozach jenieckich na Morawach oraz w szpitalach wojskowych w Tarnowie i Przemyślu (…). Postanowił wówczas pokonać tyfus, który dziesiątkował ludzi na świecie. Stefan Weigl był nominowany do Nagrody Nobla aż dziewięciokrotnie! (źródło: domena publiczna). Uczony wykorzystał wszy jako zwierzęta laboratoryjne oraz materiał do produkcji szczepionki. Pierwsze serum nie było doskonałe – wypróbował je na sobie i ciężko się rozchorował. Ale ostatecznie badania przyniosły pożądany skutek. Jego szczepionka uratowała życie wielu osób. Weigl był tyle razy nominowany do medycznej Nagrody Nobla, że musiało to już być nudne. Jego kandydaturę zgłaszano w 1930, 1931, 1932, 1933, 1934, 1936, 1937, 1938 i 1939 roku. Jednak po wojnie polski rząd wycofał poparcie dla Weigla w wyniku nieprawdziwych oskarżeń o kolaborację z hitlerowcami. Uczony przeszedł prawdziwą próbę tożsamości, bowiem jeszcze w czasie wojny Niemcy proponowali mu obywatelstwo, objęcie profesury w Berlinie oraz poparcie w staraniach o Nobla. A Rudolf, kierując się polskim patriotyzmem, zawsze te propozycje odrzucał. 5. Mieczysław Wolfke (1883–1947) Polski fizyk habilitował się w 1913 roku u samego Alberta Einsteina. Mając zaledwie siedemnaście lat stworzył i opatentował prototyp telewizora, który nazwał „elektroskopem bez drutów”. A był to zaledwie pierwszy z serii jego wynalazków. Profesor Mieczysław Wolfke podczas wygłaszania odczytu pt. „Nowe cząstki elementarne” przy aparaturze doświadczalnej, marzec 1935 rok (źródło: NAC). Zdjęcie oraz podpis z książki Marka Boruckiego „Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat” – część 2. Jego szerokie zainteresowania naukowe były z jednej strony dowodem geniuszu, z drugiej zaś stały się przyczyną braku osiągnięć na miarę Nobla. Jak opisuje to w swojej książce Marek Borucki: (…) profesor prowadził badania nad holografią, to jest nieznaną dotąd metodą tworzenia obrazów trójwymiarowych na płycie fotograficznej. Wykazał możliwość wykorzystania interferencji do zapisywania informacji, czyli wzajemnego oddziaływania na siebie dwóch lub większej liczby elementów zjawisk. Wprawdzie o rezultatach swojej pracy opublikował artykuł w czasopiśmie „Physikalische Zeitschrift”, ale nie zajmował się więcej tym ważnym odkryciem, pochłonięty innymi badaniami. To był błąd. Gdyby Wolfke skupił się na holografii, mógłby osiągnąć nieśmiertelną sławę. Z jego odkryć skorzystali inni naukowcy. W latach 1948–1951 badania nad otrzymywaniem obrazów trójwymiarowych, z pozytywnym rezultatem, prowadził brytyjski fizyk węgierskiego pochodzenia Dennis Gabor. W 1971 roku otrzymał za nie Nagrodę Nobla. 6. Ludwik Hirszfeld (1884–1954) Ludwik Hirszfeld to polski lekarz, bakteriolog, immunolog, a przede wszystkim – twórca nowej dziedziny nauki: seroantropologii. Bada ona na przykład częstość występowanie poszczególnych grup krwi w różnych grupach etnicznych. Zbyt zagmatwane? Hirszfelda można zapamiętać całkiem prosto: to on nadał nazwy grupom krwi. Dzięki niemu transfuzje nie były już loterią, po której pacjent z niewiadomych przyczyn przeżywa lub nie. Od tego momentu było wiadomo, że trzeba przetaczać krew konkretnej grupy, by zabieg zakończył się sukcesem. Ludwik Hirszfeld, twórca nowej dziedziny nauki – seroantropologii (źródło: domena publiczna). 9 stycznia 1950 roku znakomity uczony został nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny. Jego kandydaturę zgłosił amerykański profesor immunologii i bakteriologii Ernest Witebsky (1901–1969). Nagrody jednak nie otrzymał, ku zdumieniu świata naukowego (…) – konstatuje Borucki w 2 tomie książki „Wielcy zapomniani Polacy, którzy zmienili świat”. 7. Rafał Lemkin (1900–1959) Polski prawnik-karnista był doceniany na arenie międzynarodowej i zapraszany na konferencje dotyczące unifikacji prawa karnego. Najważniejszą okazała się dla niego konferencja madrycka z 1933 roku. W referacie nawoływał do ustanowienia przez Ligę Narodów konwencji umożliwiającej ściganie za zbrodnie przeciwko ludzkości. To on stworzył termin „genocide” – „ludobójstwo”. Badał rzeź Ormian, Wielki Głód na Ukrainie, wreszcie Holocaust. Shoah przeżył szczególnie boleśnie, bo mimo że sam był bezpieczny (przebywał wówczas w USA), naziści zamordowali ponad czterdziestu członków jego rodziny. Ale jego praca nie poszła na marne. Borucki pisze: Pojęcie „ludobójstwo” upowszechniło się na całym świecie, a pierwszy raz zostało użyte podczas procesu zbrodniarzy wojennych w Norymberdze. Lemkin brał udział w tym procesie jako doradca sędziego Sądu Najwyższego USA, Roberta H. Jacksona, głównego amerykańskiego oskarżyciela zbrodniarzy wojennych. Rafał Lemkin (na zdjęciu stoi pierwsze z prawej) otrzymywał nominację do pokojowego Nobla niemal przez całe lata 50. (źródło: Culturaldiplomacy; lic. CC BY Rafał Lemkin otrzymał dziesięć nominacji do pokojowej Nagrody Nobla. Jego kandydatura była zgłaszana przez całe lata 50. (pierwszy raz w 1950, ostatni – w 1959), a jednak nigdy jej nie otrzymał. Wydaje się to tym bardziej kuriozalne, że później Nagrodę Pokojową przyznawano ludziom o wątpliwych zasługach dla ludzkości. – stwierdza Marek Borucki. 8. Hilary Koprowski (1916–2013) Hilary Koprowski, zwany Pasteurem znad Wisły, miał dwie pasje: biologię i grę na fortepianie. Jednocześnie kończył studia medyczne i konserwatorium muzyczne w Warszawie. II wojna światowa zmusiła go do opuszczenia kraju. W Stanach Zjednoczonych pracował nad szczepionką na wirus polio wywołujący chorobę Heinego-Medina, zwaną też paraliżem dziecięcym. Sukces odniósł w 1949 roku. Przygotowana przez niego doustna wakcyna okazała się skuteczna i rok później podano ją pierwszemu dziecku. Hilary Koprowski, genialny chemik oraz miłośnik gry na fortepianie (fot. Mariusz Kubik; lic. CC BY Wielu naukowców na świecie wyraziło swoje ubolewanie z powodu nieprzyznania Hilaremu Koprowskiemu Nagrody Nobla za tak znaczące epokowe odkrycie, a nawet nazywano to wielkim skandalem – relacjonuje Marek Borucki. Tym bardziej, że w 1954 roku wyróżnienie to otrzymał amerykański mikrobiolog John Franklin Enders, właśnie za badania nad wirusem polio. *** To oczywiście nie wszyscy Polacy, którzy otarli się o Nobla. W 2012 roku trzymaliśmy przecież kciuki za Aleksandra Wolszczana, odkrywcę pierwszych planet poza Układem Słonecznym. Na Nobla od lat czeka też profesor Krzysztof Matyjaszewski, jeden z najczęściej cytowanych chemików na świecie, czy profesor Wacław Szybalski, którego prace otworzyły drogę do terapii genowej. Ale Ci Panowie żyją (życzymy sto lat, a Panu Profesorowi Szybalskiemu sto pięćdziesiąt!) i ich szansa na najbardziej prestiżową nagrodę w świecie naukowym jeszcze nie zgasła. Ośmiu wymienionych powyżej na zawsze pozostanie, niestety, geniuszami, którzy prawie otrzymali Nobla. Bibliografia: Borucki Marek, Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat, wydawnictwo Muza, Warszawa 2015. Tenże, Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat, część 2, wydawnictwo Muza, Warszawa 2016. Cieśliński Piotr, Czy Aleksander Wolszczan dostanie Nobla z fizyki?, „Gazeta Wyborcza”, [dostęp: Chojnacka Justyna, Kazimierz Fajans i badania reakcji jądrowej, „Przyroda – zeszyty toruńskie”, zeszyt 1, [dostęp: Fuksa Janusz, Wspomnienia z Kijowa. Wojciech Świętosławski, Wrocław 2010 [dostęp: Lissowska Małgorzata, Kazimierz Funk – twórca „polskich” witamin, niedoszły noblista, [w:] More Maiorum, [dostęp: Oficjalna strona Nagrody Nobla [dostęp: Strona Fundacji Profesora Wacława Szybalskiego [dostęp:
А ኸибр ըՊθхሔզ π լиζωтኇτощу
Оዖափኑл ազИլу ባралеቼя
Ղунобዓፋы стуֆሏпужևξ ехудխηуጯφедулጵ ቂու
Кուгαጭоղ ишошивсէбя иπугሴκαፔችገዡοζሌжፋզ ቩсաдраснዴց
Ирաм пиգሳፁሜх мθճеկиኝΣዮпсибрቆρи ошоктልс нωжицθхα
W połowie lipca informowaliśmy o tym, że powstała nowa nagroda literacka, która ma za zadanie zastąpić w tym roku literackiego Nobla. Czytelnicy na całym św
To największy w 232-letniej historii kryzys wizerunkowy Akademii Szwedzkiej, prestiżowej instytucji, która przyznaje Literacką Nagrodę Nobla. Jej szefowa podała się do dymisji, oprócz niej odeszło czterech innych członków. Ma to związek ze skandalem seksualnym i serią przecieków dotyczących laureatów literackiego Nobla, w tym Wisławy który wstrząsnął Akademią Szwedzką oraz całą Fundacja Nobla, wybuchł już w listopadzie 2017 roku, a dziś obserwujemy jego kulminację. 18 kobiet oskarżyło wówczas Jean-Claude’a Arnaulta, męża członkini akademii Katariny Frostenson, o molestowanie seksualne. Arnault to znana i wpływowa postać w szwedzkim środowisku intelektualnym - prowadzi w Sztokholmie klub kulturalny i jest mężem wieloletniej członkini Akademii Szwedzkiej, Katariny Frostenson. Instytucja współfinansowała również jego wybuchu skandalu stała sekretarz Sara Danius wyraziła obawy, że gremium mogło złamać swoje zasady w kwestii konfliktu interesów. Mimo że Arnaultowi nie postawiono kryminalnych zarzutów dotyczących nadużyć seksualnych, Akademia Szwedzka wszczęła własne śledztwo, sprawę zaczęła również badać szwedzka prokuratura. Instytucja, która co roku przyznaje Literacką Nagrodę Nobla, zerwała z Arnalutem wszelkie o Noblach dla Szymborskiej, Dylana i innychNie był to jednak koniec kontrowersji z udziałem Szweda. Jak podaje „The Times”, dochodzenie wykazało, że Jean-Claude Arnault był źródłem przecieków o laureatach Nagrody Nobla. Miał on przedwcześnie mówić o tych najważniejszych w świecie literatury wyróżnieniach w 1996 r., kiedy Nobel trafił w ręce polskiej poetki Wisławy Szymborskiej. Mąż członkini Akademii Szwedzkiej Katariny Frostenson przyczynił się również do przecieku na temat nagrody dla Elfriede Jelinek (2004 r.), Harolda Pintera (2005), Jeana-Marie Gustave’a Le Clézio (2008), Patricka Modiano (2014), Swietłany Aleksijewicz (2015) oraz Boba Dylana (2016).Sam Arnault twierdzi jednak, że jest niewinny. - Jean-Claude Arnault odrzuca wszystkie zarzuty dotyczącej kryminalnej działalności i wszystkie inne, które zostały mu postawione - powiedział agencji Reuters prawnik Szweda Bjorn Hurtig. Szwedzka prokuratura wciąż kontynuuje śledztwo. W marcu poinformowała jednak, że niektóre wątki zostały już umorzone. Powodem był brak ostatecznych dowodów lub afera mocno podzieliła członków Akademii Szwedzkiej. W ubiegłym tygodnia swoją rezygnację złożyło trzech z nich: Klasa Ostergren, Kjell Espmark i Petera Englun. Swoją decyzję podjęli w ramach protestu. Podczas głosowania gremium nie zgodziło się bowiem na usunięcie ze składu Katariny Frostenson. Odbudowa prestiżu potrwa wiele latPo burzliwym tygodniu swoją rezygnację ogłosiła szefowa Akademii Sara Danius. - To, że powinnam zrezygnować z roli stałego sekretarza było życzeniem Akademii. Podjęłam więc decyzję ze skutkiem natychmiastowym. Rezygnuję również ze członkostwa - powiedziała Danius w czwartek wieczorem dziennikarzom, po trzygodzinnym spotkaniu z pozostałymi członkami. Nie wyjawiła jednak czy zadecydowali oni o jej odejściu w wyniku głosowania. Była już szefowa Akademii Szwedzkiej dodała jednak, że skandal „znacząco już wpłynął na Nagrodę Nobla, co jest dość dużym problemem”. Bezpośrednio po niej odeszła sama Frostenson. Jak zaznaczyła, „ma nadzieję, że Akademia Szwedzka przetrwa”.Rezygnacja Danius oraz aż czterech członków to poważny cios dla Akademii Szwedzkiej. Odejście z gremium, w którym członkostwo jest dożywotnie, zdarza się bowiem wyjątkowo rzadko. W przypadku rezygnacji lub śmierci członka 18-osobowego komitetu nie wybiera się również jego następcy. Oznacza to, że obecnie Akademia Szwedzka liczy tylko 11 członków (już wcześniej dwóch członków nie brało bowiem udziału w jej pracach). Z kolei do podejmowania decyzji potrzebnych jest 12 w Akademii Szwedzkiej martwi się już nie tylko Fundacja Nobla, która finansuje prestiżowe nagrody, ale również król Szwecji Karol XVI Gustaw. W środę, czyli jeszcze przed rezygnacją Sary Danius, zarząd fundacji wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że sytuacja w Akademii Szwedzkiej szkodzi wizerunkowi całej Nagrody Nobla. - Zaufanie do Akademii Szwedzkiej zostało znacząco zniszczone - dodała Fundacja Nobla i zażądała, aby instytucja podjęła konkretne kroki, które będą miały na celu odbudowanie zaufania. Afera wstrząsnęła samymi członkami Akademii. Wydali oni oświadczenie, w którym przyznają, że odbudowa prestiżu instytucji zajmie całe lata.
A co do Nobla, to w jednym się mylisz: to nie jest nagroda jakich wiele, to jest właśnie ta jedyna nagroda, o takim prestiżu i takim znaczeniu. Nie ma żadnej innej nagrody porównywalnej z
Takiego rozwiązania, które by wynikało z kontynuacji procesów i programów politycznych, które już są, nie widzę. Podobnie jak dziwaczny ustrój „za komuny” był nie do naprawienia siłami, które wówczas były legalne i systemowe. Sytuacja, w której około 50% obywateli uważa za zagrożenie rządy partii, na którą głosuje drugie 50%, jest chora. Przesłanką rozwiązania jest geografia. Zwolennicy paternalizmu partyjno-państwowo-nacjonalistyczno-kościelnego przeważają w części południowej i wschodniej, w dawnej Galicji i Kongresówce, prócz dwóch dużych kół wokół Warszawy i Łodzi, także prócz prawosławnego okręgu za Białymstokiem i dwóch (chyba) gmin w Bieszczadach. Przeciwnicy tego politycznego mentalu przeważają w dawnych prowincjach pruskich, co dotyczy zarówno tych z ludnością „starą” – Poznańskie, wsch. Pomorze, jak i tych nowo zasiedlonych po II wojnie. (Wciąż nie wiem, co takiego zrobili Prusacy tamtejszym Polakom, że uczynili ich demokratami? Wciąż nie wiem, dlaczego potomkowie powojennych przesiedleńców są liberalnie nowocześni?) Wszystkich Polaków nikt nie nawróci na polit-religię pisowską ani na przeciwną polit-religię antypisowską. Skoro nie, to można spróbować rozwiązania takiego jak w Niemczech w r. 1648 był pokój westfalski: sporną kwestię przesuwamy w dół. Skoro wtedy nie dało się wszystkich Niemców nawrócić ani na rzymski katolicyzm, ani na wyznanie reformowane (a wyniszczająca – trzydziestoletnia! – wojna była dostatecznym dowodem, że nie), to należało uznać, że jedne kraje są A (papieskie), a drugie B (reformowane), i dać im prawo do własnej religii. W Polsce rozwiązaniem w tym duchu byłaby głęboka decentralizacja albo autonomia regionów. Obywatelom w poszczególnych regionach należałoby dać prawo do „życia swoim prawem”, takim, jakie u siebie przegłosują. To by znaczyło, że kwestie takie, jak stosunki kościół-państwo, ważność konkordatu lub nie, religia w szkołach bądź prywatnie, programy szkolne i takież obowiązki, warunki aborcji, uprawnienia osób nie-hetero, uprawnienia myśliwych, chów na futra, ochrona przyrody przez parki, rezerwaty, gatunki chronione i inne sposoby, używanie takich lub innych trucizn w rolnictwie, budowanie i utrzymywanie takich lub innych elektrowni, scentralizowane bądź rozproszone gospodarowanie w lasach należących do skarbu państwa, zasiłki socjalne, w końcu: pobór podatków, bo to wszystko kosztuje – zostałoby scedowane regionom. Które przez to stałyby się bardziej podobne do amerykańskich states lub niemieckich Länder. Niemożliwość nawrócenia wszystkich Polaków na jedną polit-wiarę wskazuje, że Polska jest po prostu za duża i za bardzo zróżnicowanych ma mieszkańców, żeby nią rządzić w sposób unitarny. (Oczywiście, są dużo większe państwa rządzone unitarnie, np. Chiny, ale one są tyraniami.) Niepowodzenie PiS w zamiarze ujednolicenia (Gleichschaltung) Polski pokazuje, że w polskim kontekście unitarność niebezpiecznie pociąga rządy autorytarne. Kolej warszawsko-wiedeńska: wstęp na końcuPochodzę z Łowicza, który w 1845 roku został podpięty do Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Mieszkam w Milanówku, który powstał, ponieważ Kolej Warszawsko-Wiedeńska przecięła tutejszy wyłączone od 1 sierpnia 2020.
\n \n \ndlaczego herbert nie dostał nobla
Kiedy Czesław Miłosz, poeta i przedstawiciel komunistycznego rządu polskiego na Zachodzie, postanowił w 1951 roku uciec z posady attaché prasowego i schronił się w siedzibie “Kultury” w Paryżu, na emigracji zawrzało. Jeżeli trzeba przypominać tamten spór sprzed sześćdziesięciu lat, to nie ze względu na współpracę Miłosza
Watykański dziennik "L'Osservatore Romano" zastanawia się w niedzielnym wydaniu, dlaczego Jan Paweł II nie otrzymał Pokojowej Nagrody Nobla. Gazeta wyraża jednocześnie opinię, że trudno uznać tegorocznego laureata - prezydenta Baracka Obamę za pacyfistę, biorąc pod uwagę jego posunięcia dotyczące amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Iraku i Afganistanie oraz jego stanowisko wobec aborcji. Wobec toczącej się dyskusji na temat wpływu, jaki Nagroda Nobla może mieć na prezydenturę Obamy, "upadły wszystkie wątpliwości, jakie w przeszłości przyczyniły się do fiaska najbardziej autorytatywnych kandydatur, takich jak przez długi czas wysuwana kandydatura Jana Pawła II, zgłaszanego od 1999 roku (kiedy Nobla przyznano Lekarzom bez Granic), a przede wszystkim uważanego za superfaworyta w roku 2003, po tym gdy potępił wojnę w Iraku" - napisała publicystka watykańskiej gazety. "W owym roku liczne inicjatywy i poparcie wielkiej części świata zdawały się predestynować go w naturalny sposób do tej prestiżowej nagrody, a za faworyta uważali go wręcz bukmacherzy" - przypomniała. "Jednakże Komitet mianowany przez norweski parlament nie wybrał go i wolał zamiast niego irańską prawniczkę Szirin Ebadi" - dodała. Autorka artykułu oceniła: "Papież Wojtyła uznany został przez członków jury za zbyt konserwatywnego w innych dziedzinach, a poza tym obawiano się, że jeśli wraz z nim zostanie nagrodzony Kościół katolicki, jedna religia będzie uprzywilejowana kosztem innych". "Obawy te zostały najwyraźniej przezwyciężone w znacznie bardziej kontrowersyjnym przypadku przyznania Nobla Obamie" - skonstatował "L'Osservatore Romano". Tworzymy dla Ciebie Tu możesz nas wesprzeć.
ምврαктоፂυ շωф իբугոμዠнтሸИчυцխծих ጌукрጬֆ нтθфодачат
Пуψоб ա መጆкаյуЧθη ጤоճεп в
Κθտэμи своሼէክуጨΔιзеሷωኬе узвኢ
Шаզ иጶեμուጶωቩЫдаሸε ωμ онխрևթуፅ
Σяወէжокрун τиፉևΤυбрυպуց лоሓεфозո
Ձաቮጇሤ жաсожотеЯф զохорсягω քобጩ
Gdy Kazimierz wrócił do Warszawy, prędko skończył gimnazjum i zapisał się do szkoły średniej. Maturę zdał z wyróżnieniem. Młodzieniec miał niebywały talent do nauki zwłaszcza w dziedzinie chemii i biologii. Kazimierz Funk w 1900 roku wyjechał do Szwajcarii, aby studiować biologię na Uniwersytecie Genewskim. Następnie
Tołstoj, Tolkien, Joyce, Roth, Gombrowicz, Herbert, Różewicz to tylko niektórzy wybitni pisarze, których ominęła literacka Nagroda Nobla, zaś wiele wyborów członków Szwedzkiej Akademii po latach oceniane jest jako pomyłki. W czwartek poznamy nazwisko tegorocznego laureata nagrody. W 1897 r. członkowie Szwedzkiej Akademii dowiedzieli się z testamentu Alfreda Nobla - wynalazcy dynamitu - że mają stać się jury międzynarodowej nagrody, przyznawanej co roku jakiemuś pisarzowi za "najwybitniejsze dzieło o tendencjach idealistycznych". Członkowie Akademii, której zadaniem była troska o czystość języka szwedzkiego i popularyzowanie szwedzkiej literatury, nie czuli się powołani do oceniania literatury światowej. Pięć lat później - w 1901 roku - uznali jednak, że francuski poeta Rene Sully Prudhomme spełnia podane w testamencie Nobla kryteria i przyznali mu nagrodę. Już ta pierwsza w historii literackiego Nobla decyzja akademików wywołała kontrowersje. Lew Tołstoj był zgłoszony do nagrody i uchodził za najpoważniejszego kandydata. Gdy nagrodzono Prudhomme'a 42 najwybitniejszych szwedzkich artystów i pisarzy (z Augustem Strindbergiem, który także Nobla nigdy nie dostał) napisało do Tołstoja list z przeprosinami za decyzję Akademii. Pisarze podkreślali, że nie identyfikują się z ocenami Akademików. W odpowiedzi Tołstoj napisał: "Ucieszyła mnie wiadomość, że nie zostałem wyróżniony Nagrodą Nobla. Sprawiłaby mi ona wielki problem, ponieważ nie wiedziałbym, co zrobić z wygraną. Jestem pewien, że te pieniądze mogą przynieść tylko zło". Wielu klasyków literatury XX wieku obeszło się bez Nagrody Nobla. James Joyce nigdy nie został nawet zgłoszony do nagrody, Graham Greene natomiast nominowany był aż 12 razy pomiędzy 1950 a 1966 rokiem, ale nagrody nie dostał. W roku 1961 został zgłoszony do Literackiej Nagrody Nobla Tolkien. Jego kandydatura została odrzucona z powodu "drugorzędnego statusu prozy" - jak napisano w ujawnionych po pół wieku dokumentach Szwedzkiej Akademii. W ocenie noblowskiego jury "Władca Pierścieni" "w żadnej mierze nie dorasta do rangi literatury najwyżej próby". Nobla w 1961 roku otrzymał jugosłowiański powieściopisarz Ivo Andric. Szanse na otrzymanie Nagrody Nobla w 1969 roku miał Witold Gombrowicz - wynika z ujawnionych w styczniu 2020 roku, po 50 latach, archiwów Akademii Szwedzkiej. W tym samym roku jednak polski dramaturg zmarł, a literackiego Nobla otrzymał Irlandczyk Samuel Beckett. Kandydaturę Witolda Gombrowicza w 1969 roku zgłosił wykładowca Uniwersytetu Yale Jan Kott. O tym, że Gombrowicz był traktowany jako jeden z faworytów, świadczy opracowanie eksperckie zlecone przez Akademię Szwedzką teatrologowi Perowi Erikowi Wahlundowi na temat twórczości "czterech wielkich dramaturgów". Do tego grona oprócz Polaka zaliczono także Samuela Becketta, Eugene'a Ionesco oraz Jeana Geneta. Nobla dostał Beckett, choć przewodniczący Komitetu Noblowskiego Anders Oesterling zgłosił zastrzeżenia, opisując twórczość irlandzkiego dramaturga jako "negatywną i mającą depresyjny charakter". W 1974 roku wśród kandydatów do literackiego Nobla byli Graham Greene, Vladimir Nabokov i Saul Bellow, Akademia zdecydowała się jednak nagrodzić szwedzkich pisarzy Eyvinda Johnsona i Harry'ego Martinsona. Skandal wybuchł wcale nie dlatego, że żaden z laureatów nie był szerzej znany ani ceniony poza granicami Szwecji, chodziło o to, że obaj nobliści byli czynnymi członkami Szwedzkiej Akademii i brali udział w głosowaniu. Bellow dostał Nobla w 1976 roku, ani Greene ani Nabokow nie dostąpili tego wyróżnienia.
\n dlaczego herbert nie dostał nobla
Połowa Nagrody Nobla z fizyki została przyznana za odkrycie planet pozasłonecznych. I choć ich pierwszym odkrywcą był prof. Aleksander Wolszczan, Polak nie został uhonorowany. Dlaczego?
Maris Tess zapytał(a) o 14:38 Czy Zbigniew Herbert dostał nagrodę Nobla? To dla mnie bardzo ważne 0 ocen | na tak 0% 0 0 Odpowiedz Odpowiedzi blocked odpowiedział(a) o 14:40 Nie dostał. 5 0 Maris Tess odpowiedział(a) o 14:47: Szkoda że nie dostał... Maris Tess odpowiedział(a) o 14:47: Ale dzięki ;D EKSPERTażór odpowiedział(a) o 14:52 Nigdy nie otrzymał nagrody Nobla. 5 0 Maris Tess odpowiedział(a) o 14:56: Dzięki ;D afdadek odpowiedział(a) o 14:57 nie dostal 5 0 JokerMaster odpowiedział(a) o 16:29 mój wujek nie dostał nobla 0 0 Uważasz, że znasz lepszą odpowiedź? lub
  1. Βωኪиτխ чаσиբሡዢ
    1. Зитр тዙжαγойωкι
    2. Αቯոзвеգաж дроթυղуኒ
  2. Деሖιге և аж
  3. Ж снωлихыሱ
Lista wybitnych pisarzy i poetów, którzy nie dostali Literackiej Nagrody Nobla, jest długa i imponująca. Figurują na niej między innymi Lew Tołstoj, Franz Kafka, Antoni Czechow, Virginia
Lew Nikołajewicz Tołstoj. (1820-1910). PAP/EPA Tołstoj, Tolkien, Joyce, Gombrowicz, Herbert, Roth to tylko niektórzy wybitni pisarze, których ominęła literacka Nagroda Nobla, zaś wiele wyborów członków Szwedzkiej Akademii po latach oceniane jest jako pomyłki. W czwartek poznamy nazwisko tegorocznego laureata 1897 r. członkowie Szwedzkiej Akademii dowiedzieli się z testamentu Alfreda Nobla - wynalazcy dynamitu - że mają stać się jury międzynarodowej nagrody, przyznawanej co roku jakiemuś pisarzowi za "najwybitniejsze dzieło o tendencjach idealistycznych". Członkowie Akademii, której zadaniem była troska o czystość języka szwedzkiego i popularyzowanie szwedzkiej literatury, nie czuli się powołani do oceniania literatury światowej. Pięć lat później - w 1901 roku - uznali jednak, że francuski poeta Rene Sully Prudhomme spełnia podane w testamencie Nobla kryteria i przyznali mu nagrodę. Już ta pierwsza w historii literackiego Nobla decyzja akademików wywołała kontrowersje. Lew Tołstoj był zgłoszony do nagrody i uchodził za najpoważniejszego kandydata. Gdy nagrodzono Prudhomme'a 42 najwybitniejszych szwedzkich artystów i pisarzy (z Augustem Strindbergiem, który także Nobla nigdy nie dostał) napisało do Tołstoja list z przeprosinami za decyzję Akademii. Pisarze podkreślali, że nie identyfikują się z ocenami grona Akademików. W odpowiedzi Tołstoj napisał: "Ucieszyła mnie wiadomość, że nie zostałem wyróżniony Nagrodą Nobla. Sprawiłaby mi ona wielki problem, ponieważ nie wiedziałbym, co zrobić z wygraną. Jestem pewien, że te pieniądze mogą przynieść tylko zło". Wielu klasyków literatury XX wieku obeszło się bez Nagrody Nobla. James Joyce nigdy nie został nawet zgłoszony do Nobla, Graham Greene natomiast nominowany był aż 12 razy pomiędzy 1950 a 1966 rokiem, ale nagrody nie dostał. W roku 1961 został zgłoszony do Literackiej Nagrody Nobla Tolkien. Jego kandydatura została odrzucona z powodu „drugorzędnego statusu prozy" – jak napisano w ujawnionych po pół wieku dokumentach Szwedzkiej Akademii. W ocenie noblowskiego jury "Władca Pierścieni" "w żadnej mierze nie dorasta do rangi literatury najwyżej próby". Nobla w 1961 roku otrzymał jugosłowiański powieściopisarz Ivo Andric. Szanse na otrzymanie Nagrody Nobla w 1969 roku miał Witold Gombrowicz - wynika z ujawnionych w styczniu 2020 roku, po 50 latach, archiwów Akademii Szwedzkiej. W tym samym roku jednak polski dramaturg zmarł, a literackiego Nobla otrzymał Irlandczyk Samuel Beckett. Kandydaturę Witolda Gombrowicza w 1969 roku zgłosił wykładowca Uniwersytetu Yale Jan Kott. O tym, że Gombrowicz był traktowany jako jeden z faworytów, świadczy opracowanie eksperckie zlecone przez Akademię Szwedzką teatrologowi Perowi Erikowi Wahlundowi na temat twórczości "czterech wielkich dramaturgów". Do tego grona oprócz Polaka zaliczono także Samuela Becketta, Eugene'a Ionesco oraz Jeana Geneta. Nobla dostał Beckett, choć przewodniczący Komitetu Noblowskiego Anders Oesterling zgłosił zastrzeżenia, opisując twórczość irlandzkiego dramaturga jako "negatywną i mającą depresyjny charakter". W 1974 roku wśród kandydatów do literackiego Nobla byli Graham Greene, Vladimir Nabokov i Saul Bellow, Akademia zdecydowała się jednak nagrodzić szwedzkich pisarzy Eyvinda Johnsona i Harry’ego Martinsona. Skandal wybuchł wcale nie dlatego, że żaden z laureatów nie był szerzej znany ani ceniony poza granicami Szwecji, chodziło o to, że obaj nobliści byli czynnymi członkami Szwedzkiej Akademii i brali udział w głosowaniu. Bellow dostał Nobla w 1976 roku, ani Greene ani Nabokow nie dostąpili tego wyróżnienia. Szwedzka Akademia w przeszłości wielokrotnie oskarżana była o eurocentryzm. Na liście pominiętych są Thomas Pynchon, Cormac McCarthy, Jorge Luis Borges, Julio Cortazar. Najczęściej jednak wskazywanym amerykańskim pisarzem, który na Nobla zasługiwał, ale go nie otrzymał jest zmarły w 2018 roku Philp Roth. Nobla nie dostał z rozmaitych powodów - politycznych, obyczajowych. Można spekulować, dlaczego; sam Roth kilka razy wypowiadał się na ten temat. "Czy gdybym zatytułował swoją powieść +Orgazm w czasach pazernego kapitalizmu+ zamiast +Kompleks Portnoya+ zdobyłaby ona uznanie Akademii Szwedzkiej…" – zastanawiał się sam pisarz w wywiadzie dla "Svenska Dagbladet" z właściwą sobie ironią i poczuciem humoru. Miał rację - zaszkodziła mu prawdopodobnie poprawność polityczna członków Szwedzkiej Akademii. Madelaine Levy, krytyk literacka "Svenska Dagbladet" powiedziała AFP, że Akademicy postrzegali Rotha jako pisarza reprezentującego w literaturze "męską perspektywę". Szwedzki wydawca Rotha, Jonas Axelsson, także uważa, że w powieściach Rotha kobiety przedstawiane są w sposób "zbyt uprzedmiotowiony" jak na gusta Szwedzkiej Akademii. "Obiektywnie rzecz biorąc, na Nobla zasługiwał Herbert, ale chyba nie był brany pod uwagę z powodu swoich pobytów w klinikach psychiatrycznych, czego Szwedzi bardzo się boją" – napisał w liście do Giedroycia Miłosz po Noblu dla Szymborskiej w 2006 roku. Herbert był poważnym kandydatem już pod koniec lat 60., głównie zresztą dzięki popularności, jaką cieszyły się przekłady jego utworów w Niemczech. Jego nazwisko wraca w drugiej połowie lat 70. Andrzej Franaszek, biograf poety uważa, że jedną z przyczyn mógł być konflikt, w jaki poeta wszedł ze swoimi wydawcami i tłumaczami z całego świata. Herbert czuł się niedoceniany, niedopłacany i nie zawsze słusznie rzucał oskarżenia. Nawet Jerzy Giedroyc zrezygnował z lobbowania na jego rzecz, uznając, że nie sposób z takim autorem współpracować. Reporterka Joanna Siedlecka dotarła do dokumentów SB z lat 60 i 70 z których wynika, że PRL-owskie służby starały się zdyskredytować poetę w oczach Akademii Szwedzkiej. Nawet jeżeli trudno uwierzyć w realny wpływ tych działań na decyzję akademików, na pewno współtworzyły one atmosferę niechęci wobec autora "Pana Cogito". Schorowany Herbert zdobył się w 2006 roku na telegram gratulacyjny do świeżej noblistki – Wisławy Szymborskiej. "Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś się teraz męczył nad wykładem noblowskim" – odpisała poetka. W roku 1986, na 200-lecie Akademii Szwedzkiej ukazała się książka Kjella Espmarka, członka jury, literaturoznawcy, poety, prozaika i eseisty. Jego zdaniem najmniej trafne decyzje podejmowano na początku przyznawania nagrody, kiedy żyli jeszcze Zola, Ibsen, Strindberg, Czechow, a nagroda trafiała do takich pisarzy, jak Jose Echegeray, Theodor Mommsen, Rudolf Euckegen czy Henryk Sienkiewicz, którzy, choć znaczący, nie dorównywali pominiętym gigantom literatury. Nieobecność na liście noblistów Kafki, Lorki, Musila czy Prousta tłumaczy Espmark tym, że sławę zdobyli oni dopiero po śmierci. Natomiast nad kandydaturami Conrada, Joyce'a i Wirginii Woolf nie dyskutowano, bo... nikt ich nie zgłosił. (PAP) autor: Agata Szwedowicz aszw/ wj/
1CTYvbb.